Czytanie:10 minut Data:18 lut 2026Tekst:Ewelina Kustra

Philippe Garner o teatrze dyskrecji

Philippe Garner – światowy autorytet w dziedzinie fotografii, do roku 2016 r. wicedyrektor domu aukcyjnego Christie’s, wprowadza w zniuansowany świat światowego kolekcjonerstwa, którym rządzą: dyskrecja, skandale, zbiegi okoliczności, ale i przeznaczenie.

Philippe Garner
Philippe Garner
EWELINA KUSTRA:
Pamięta pan czasopisma lub książki, które wywarły na pana największy wpływ pod względem wizualnym?
PHILIPPE GARNER:
Tak, jestem pół-Francuzem i zawsze spędzałem długie wakacje we Francji, więc była to mieszanka brytyjskich i francuskich czasopism. Pamiętam doskonale, z jakim namaszczeniem je traktowałem, na przykład „Paris Match”. W Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkałem, były to przede wszystkim kolorowe dodatki do gazet niedzielnych. Pierwszy z tym pomysłem wyszedł „Sunday Times” w 1962 r. Takie kolorowe czasopisma obejmowały naprawdę szeroki zakres tematów, ze szczególnym naciskiem na te dotyczące spraw kulturalnych, wystaw, fotografii, mody. Wtedy wszystko się dla mnie zaczęło. Szczególnie zainteresowały mnie piękne zdjęcia, zacząłem stopniowo tworzyć coś w rodzaju mojej własnej małej encyklopedii, muzeum mody, filmu, architektury, wystroju wnętrz. Magazyny „Queen” oraz „Town” – to były wspaniałe brytyjskie czasopisma o modzie i stylu, więc na poważnie się od nich uzależniłem. Od tych wszystkich rzeczy, które w końcu stały się moim życiem zawodowym. Mogę zatem śmiało powiedzieć, że moją przygodę z kulturą wizualną i kreatywnością zaczynałem samodzielnie, od drukowanych stron. W latach 50. i 60., przed erą komunikacji cyfrowej, sama możliwość zobaczenia zdjęć publikowanych w miesięcznikach lub kolorowych dodatkach, które zaczęto dołączać do niedzielnych gazet, była niezwykłym przeżyciem i elementem zarówno estetycznej edukacji, jak i niemal zmysłowych doznań i ekscytacji. W tamtych czasach niełatwo było zaspokoić ciekawość wizualną.
EK:
Został pan wprowadzony do świata sztuki, fotografii oraz designu przez swoją rodzinę?
FG:
Zaskakujące jest to, że w mojej rodzinie zawody artystyczne praktycznie nie występują. Być może wpływ na moją wrażliwość miał fakt, że wychowywałem się w dwóch krajach, a matka Francuzka i czas spędzany w Paryżu umożliwiły mi inny sposób widzenia rzeczy. Zawsze byłem wyczulony na bodźce wizualne. Gdy inni grali w piłkę nożną, ja oglądałem magazyny mody. Nie jest to coś, co mogę wyjaśnić, to po prostu część mnie. Moje studia nie były w żaden sposób powiązane ze sztukami wizualnymi, studiowałem francuski i łacinę. W tamtych czasach miałem wielu przyjaciół w Brighton, przyłączyłem się do grupy osób, które studiowały w Brighton Art College. W połowie lat 60. zyskałem grupę znajomych zainteresowanych różnymi dziedzinami: czy to filmem, czy projektowaniem graficznym. Dzielenie entuzjazmu jest zawsze bardzo ważne dla wzmacniania pasji, pomaga zdobywać wiedzę, postrzegać rzeczy z różnych perspektyw. To były dla mnie kluczowe czynniki.
EK:
Ścieżka przeznaczenia zaprowadziła pana jednak nie w stronę kreacji, a kontrolowania sprzedaży twórczości innych.
EK:
Tak, nigdy nie widziałam siebie jako artysty, kreatora. Zdaję sobie jednak sprawę, że mam ponadprzeciętną wrażliwość i ciekawość sztuki wizualnej, a także coś w rodzaju potrzeby tworzenia kuszącego środowiska, aby celebrować i przeżywać piękno. Interesują mnie trendy w sztuce i projektowaniu oraz nastrój chwili. Zdaję sobie też sprawę, że celebrowanie piękna dla samego piękna nie zawsze jest najmodniejszym sposobem na życie czy spędzanie czasu. Lubowanie się w transcendentnej magii piękna przez wielu ludzi postrzegane jest raczej jako tandetne i staromodne. Ale to jest moja droga, to właśnie kocham.
Rynek ma swoją logikę i nie ma bezwzględnej korelacji pomiędzy jakością, znaczeniem i wartością, gdyż moda i smak się łączą, a z gustami, jak wiadomo, nie zawsze da się dyskutować. Tu rządzą też czasem emocje, impuls chwili, pragnienie posiadania. Przez lata mojej pracy zawodowej jako pracownika domu aukcyjnego nauczyłem się rozpoznawać, że pewne rzeczy mają wartość handlową – niektóre znacznie niższą, niektóre nie mają jej wcale, co nie znaczy, że coś jest dobre lub złe.
Philippe Garner
Okładka magazynu <em>Town</em>.
Okładka magazynu Town.
Okładka magazynu <em>Queen</em>.
Okładka magazynu Queen.
Okładka magazynu <em>Town</em>.
Okładka magazynu Town.
EK:
Praca w domu aukcyjnym Christie’s, z którym związany był pan przez wiele lat, wymaga chyba jednak czegoś więcej – umiejętności ekonomicznej symulacji, a nie tylko ulegania urokowi chwili czy sympatii, jaką zapała się do konkretnego przedmiotu, który ma być wystawiony na licytacji?
PG:
Tak, moja praca zawodowa polegała i polega na przeprowadzaniu czegoś, co nazywam „oceną wartości”, gdyż wartość może oznaczać wiele rzeczy. Oznacza rozumienie, czym jest jakość, rozpoznawanie jej i docenianie. Oznacza rozumienie historycznego znaczenia pewnych rzeczy, ich miejsca w historii sztuki, designu. Oznacza także, ile po prostu mogą być warte. Rynek ma swoją logikę i nie ma bezwzględnej korelacji pomiędzy jakością, znaczeniem i wartością, gdyż moda i smak się łączą, a z gustami, jak wiadomo, nie zawsze da się dyskutować. Tu rządzą też czasem emocje, impuls chwili, pragnienie posiadania. Przez lata mojej pracy zawodowej jako pracownika domu aukcyjnego nauczyłem się rozpoznawać, że pewne rzeczy mają wartość handlową – niektóre znacznie niższą, niektóre nie mają jej wcale, co nie znaczy, że coś jest dobre lub złe. To siły rynkowe dokonują tych rozróżnień, a niemal wszystko może znaleźć swojego amatora, nawet w totalnej niszy.
EK:
Wyniki sprzedaży niektórych przedmiotów na aukcjach bywają, mówiąc eufemistycznie, dość kontrowersyjne. Zdarza się, że coś osiąga wysokie wyniki handlowe, jednak w pańskich oczach wartość kulturowo-historyczna nie idzie z tym w parze?
PG:
Oczywiście. Istnieją na przykład pewni kontrowersyjni artyści, których prace osiągają astronomicznie wysokie ceny. Jak Jeff Koons – jego rekordem jest 160 milionów dolarów. W logicznej strukturze współczesnego rynku widać, dlaczego i jak rzeczy doszły do tego punktu. Potem porównujemy to jednak z rekordem rynkowym – na przykład cena spektakularnej rzeźby renesansowej, wspaniałej figury z brązu wyrzeźbionej przez Adriana, niesamowicie rzadkiej, osiąga wynik ledwie 20 milionów. A mówimy o jedynym egzemplarzu w historii, natomiast rzeźby Jeffa Koonsa są dostępne na rynku w niemal niezliczonych edycjach. Zatem istnieje nierównowaga związana z aktualnymi siłami rynkowymi. Czasami może być też tak, że pewne kategorie obiektu są zbyt rzadkie i działają na jego niekorzyść. Krótko mówiąc: nawet zapaleni kolekcjonerzy nie mają stosownego punktu odniesienia. Kolekcjonerzy chcą kolekcjonować, chcą więcej, chcą budować swoją kolekcję. Jednak gdy przedmioty są tak rzadkie, że nic nie przedostaje się na rynek, lub jest ich bardzo, bardzo niewiele, to kolekcjonerzy nie mogą ich porównać, a w rezultacie zaspokoić swojego apetytu. Kończy się więc jedynie na apetycie, a kolekcjonerzy koncentrują się na czymś innym, na tym, co ma zapewnioną odpowiednią dostępność.
EK:
Sam jest pan kolekcjonerem?
PG:
Tak, kolekcjonuję kilka rzeczy. W szczególności fotografie. Zawsze dbałem jednak o to, by nie było sytuacji konkurowania z moimi klientami, bycia na czele zasobów, gdyż to nieetyczne ze względu na charakter mojej pracy. Jeśli jesteś pracownikiem domu aukcyjnego, nie możesz się interesować rzeczą, którą sprzedajesz. Fotografia jest jednak tak szerokim polem, występują w niej tak zaniedbywane obszary, że naprawdę czerpię przyjemność z odkrywania jej dla siebie. Jeśli chodzi o kolekcjonowanie fotografii, tradycyjne zdjęcia są stosunkowo małe, nie zajmują dużo miejsca, a to niebagatelna sprawa, gdy chce się zbudować kolekcję o jakimkolwiek znaczeniu.
EK:
Aukcje to emocje jak w kasynie.
PG:
Tak. Chyba dla wielu kolekcjonerów tradycyjnie największe emocje związane są z wyścigiem. Sam moment nabywania jest niezwykle satysfakcjonujący. Spotkałem kolekcjonerów, którzy kochali kupować, ale naprawdę denerwowało ich rozpakowywanie. Przesyłki przychodziły więc do magazynów i pozostawały w swoich skrzyniach.
Kiedy ludzie pytają mnie, co jest w mojej pracy takiego atrakcyjnego, odpowiadam, że presja lub ciągłe wymyślanie czegoś na nowo. Myślę, że w pewnym sensie świat aukcji ma coś wspólnego ze światem mody. W tym znaczeniu, że trzeba ciężko pracować, aby stworzyć aukcję, zespoły mocno się angażują, aby przygotować kolekcję i ją wypuścić. Moment na wybiegu lub moment prawdy, gdy rozgrywa się aukcja, są tożsame. Jest to więc stały proces poświęcania całej swojej pasji i energii dla tworzenia wydarzenia, które będzie trwać ten krótki moment, a potem zaczynasz od nowa. To jak pora roku, to metafora samego życia. Owo stałe odnawianie jest naprawdę bardzo energetyzujące.
Katalog aukcji z kolekcji Yvesa Saint Laurenta i Pierre'a Bergé w domu aukcyjnym Christie's.
Katalog aukcji z kolekcji Yvesa Saint Laurenta i Pierre'a Bergé w domu aukcyjnym Christie's.
Wkrótce po tym, jak rozpocząłem pracę w branży w 1972 r., pojechałem do Paryża, aby wziąć udział w swojej pierwszej aukcji. W licytacji uczestniczył wysoki dżentelmen w wielkich okularach. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że skądś go znam. Miałem 23 lata. Dopiero potem skojarzyłem, że kupującym był Yves Saint Laurent.
Philippe Garner
EK:
W trakcie pańskiej kariery jako pracownika domu aukcyjnego miał pan okazję spotkać niektórych artystów, których prace sprzedawaliście?
PG:
Tak, niejednokrotnie miałem taką sposobność. Współpraca z artystami jest ekscytująca, a w szczególności bliższe ich poznawanie. Przedostawanie się do świata spoza dzieła sztuki, aby lepiej zrozumieć osobowość artysty – to ogromny przywilej. Pozostając w obszarze fotografii, miałem wielki zaszczyt bliższego poznania na przykład Billa Brandta. Jednym z fotografów, którego poznałem całkiem dobrze, był także Helmut Newton. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w 1975 r. i po prostu się zaprzyjaźniliśmy, coś zaskoczyło i nasza przyjaźń trwała aż do jego śmierci.
EK:
Pamięta pan jakiś rekord sprzedaży aukcji Christie’s z czasów swojej pracy?
PG:
Powiedziałabym, że do pewnego stopnia być może staliśmy się ofiarami naszej własnej próżności. Prasa zawsze interesowała się wysokimi cenami, wspaniałymi rekordami, lecz w rzeczywistości domy aukcyjne sprzedają dzieła o różnej wartości i różnym poziomie wejścia, ceny nie są aż tak astronomiczne, jak niektórzy sądzą. Tak naprawdę każdy może zobaczyć aukcję. Są bezpłatne i otwarte dla publiczności. Nie trzeba być bardzo bogatym, aby zostać kolekcjonerem. Nie wszystko na aukcjach kosztuje miliony czy setki tysięcy, są rzeczy, które sprzedają się po prostu za tysiące. Na aukcje wstęp jest wolny. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że udział w aukcji to wspaniały teatr za darmo.
EK:
A ci najwięksi gracze?
PG:
Chcą pozostać anonimowi. Jako pracownik domu aukcyjnego uczysz się bycia dyskretnym.
EK:
Najbardziej emocjonujący moment?
PG:
Wkrótce po tym, jak rozpocząłem pracę w branży w 1972 r., pojechałem do Paryża, aby wziąć udział w swojej pierwszej aukcji. W licytacji uczestniczył wysoki dżentelmen w wielkich okularach. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że skądś go znam. Miałem 23 lata. Dopiero potem skojarzyłem, że kupującym był Yves Saint Laurent. Może sobie pani wyobrazić moje emocje, gdy później, w 2007 r., prowadziłem aukcję przedmiotów Yves’a Saint Laurenta z jego paryskiego mieszkania przy rue de Babylone. Wśród eksponatów było sporo rzeczy, które kupił w 1972 r. Fotel Dragons Armchair Eileen Gray miał szacunkową wycenę na poziomie między 2 a 3 mln euro, a został wylicytowany za kwotę powyżej 20 mln. Żaden mebel z XX w. nie osiągnął aż tak wysokiej ceny! Gust i wrażliwość Yves’a Saint Laurenta miały magnetyczną moc. Był to zatem niezwykły cykl życia, bardzo szczególny moment.
EK:
Można licytować na odległość?
PG:
Są ludzie opierający się na zaufaniu do pracownika domu aukcyjnego, licytujący według precyzji opisu. Często także korzystają z porad zaufanych ekspertów. Zdarza się, że dzwonię do klienta, omawiamy przedmiot. Co o tym sądzisz? Czy uważasz, że to dla mnie? Czasem mówi się: „tak, oczywiście”, a czasem trzeba powiedzieć: „nie”. Na to potrzeba czasu i znajomości gustu swoich klientów, trzeba współpracować, wykazując się bezwzględną uczciwością w tym względzie. Wiele prac jest więc kupowanych bez sprawdzenia ich przez klientów, na odległość. Dzięki Bogu nadal chodzi jednak o dzieła sztuki, które musisz zobaczyć i których musisz dotknąć. Chodzi o ludzi i prawdziwe relacje, fizyczne, twarzą w twarz. Wiem, że komunikacja elektroniczna pozwala na wiele, to wielkie wsparcie, to wspaniałe narzędzie, lecz z pewnością nie zastąpi spotykania ludzi, rozmawiania z nimi o ich dziełach, w otoczeniu ich prac. Nic tego nie zastąpi.

Teatr dyskrecji
Tekst: Ewelina Kustra
ART MONITOR 22/2022
E-wydania dostępne na stronie:
artmonitor.bigcartel.com

Philippe Garner – do maja 2016 r. pełnił funkcję zastępcy przewodniczącego prestiżowego domu aukcyjnego Christie’s. Jest znanym na całym świecie autorytetem w dziedzinie fotografii i XX-wiecznego designu, a także autorem wielu publikacji na temat fotografii XX w. W 2011 r. został uhonorowany nagrodą British Fashion Awards za wyjątkowe zasługi dla fotografii.