Rynek sztuki na niby
Osoby artystyczne są na końcu przewodu pokarmowego. Nieprzygotowane przez uczelnie ani nikogo innego na rozpoznawanie zagrożeń płynących (często w postaci pozornych szans) z rynku sztuki na niby.
Od czasu do czasu słyszymy, że prywatne galerie sztuki przejęły misyjną rolę po zawłaszczonych i obezwładnionych instytucjach publicznych. Podobno kreują też zjawiska artystyczne, budują potencjał kulturowy i reprezentują polską sztukę na światowej scenie artystycznej. Są zaprawione w polu walki o „widoczność” sztuki najnowszej w scenografii trudnych politycznie czasów. Czyżby? Przeanalizujmy dramatis personae tej niejasnej sytuacji scenicznej.
Na początek dwie perspektywy i jedna obserwacja uczestnicząca. W znakomitej pracy badawczej Piotra Szenajcha Odczarowanie talentu. Socjografia stawania się uznanym artystą (Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, 2023) wybitny artysta Zbigniew Libera na pytanie o rolę i znaczenie instytucji sztuki odpowiada następująco: […] myślę, że instytucje, naprawdę, wykańczają jakąkolwiek kreatywność i sztukę. I że one się staną przyczyną całkowitej kasacji wręcz czegoś takiego, jak sztuka. Instytucje sztuki mogłyby funkcjonować zupełnie spokojnie, że tak powiem – z palcem w dupie – gdyby ani jednego żyjącego artysty nie było […]. Z kolei Patryk Różycki, malarz i performer, młodszy od Libery o pokolenie, w instagramowym poście tak komentuje sytuację przedstawioną na jednym ze swoich obrazów: Spotkałem znanego galerzystę: nasza rozmowa trwała krótko i zakończyła się w momencie, kiedy ktoś do niego zatelefonował, zostałem wtedy z uczuciem własnej dziwności, stresu i niezręczności, myśląc o tym, jak bardzo dystansuje mnie od niego pozycja, jaką zajmuje, i ewentualny wpływ na moją karierę. Obraz jest zapisem bezpośredniego stanu emocjonalnego, który przeżywałem po wspomnianym spotkaniu ze znanym galerzystą i refleksją na temat tego, w jaki sposób jego pozycja, układ w hierarchii i ewentualna sprawczość w środowisku artystycznym, ale też w obszarze rynku sztuki, wpływa na relacje. Obraz nie jest komentarzem do konkretnej osoby czy miejsca, choć przedstawia spotkanie z realną osobę, ale w tym przypadku jest ona jedynie symbolem, przedstawicielem rynku sztuki i środowiska oraz przyczynkiem do moich rozważań. Po naszym spotkaniu zastanawiałem się, jak nieludzka, odrealniona jest pozycja osób posiadających władzę, nie tylko galerzysty, ale kuratorów, krytyków, dyrektorów instytucji, których sympatia i uznanie może uczynić moje życie lepszym, nie tylko w teorii, ale również w praktyce, wpływając na odbiór moich prac, bycie wystawianym, a finalnie sprzedawanym, co prowadzi do sukcesu finansowego, środowiskowego i lepszego życia. Myślę przy tym również o zależności i skomplikowanych relacjach w środowisku artystycznym, o intencjonalności kontaktu i chęci zbliżenia, niepodyktowanej własnym interesem.
Podczas kolejnej edycji Warsaw Gallery Weekend – popularnej przeglądarki oferty prywatnych galerii sztuki – Fundacja Sztuki Polskiej ING, w swojej nowej siedzibie, na pierwszym piętrze centrum handlowego, przyznała coroczne nagrody. Na ogłoszenie werdyktu pięcioosobowego jury przybył cały polski i nie tylko polski art world. Kolejka chętnych do wjazdu ruchomymi schodami musiała zaskoczyć przypadkowych gapiów, błąkających się po pustawych sklepach. Nie mogli przecież wiedzieć, że tam na samiutkiej górze, dosłownie za chwilę, zostaną ogłoszone jedne z najważniejszych polskich nagród dla artystek i artystów, tworzących po 1990 r. Motto Fundacji brzmi zacnie: Wierzymy, że tworząc dobrą kolekcję, przyczyniamy się do promocji artystów i artystek oraz sztuki współczesnej.
Być może, tak naprawdę, wierzymy mniej. I być może, od momentu lektury cytatów i obserwacji powyżej, w głowach bardziej niecierpliwych czytelników przemknie pytanie, co łączy wszystkie te sytuacje? Odpowiedź jest dość prosta, choć jej kolejne odsłony już nie. Chodzi o uwikłanie osób artystycznych (szczególnie tych najmłodszych) w mechanizmy natychmiast monetyzujące ich pracę w ramach tzw. rynku sztuki (rynku na niby), całkowite zawłaszczenie pola sztuki przez podmioty o charakterze sprzedażowym i eksploatowanie go na wzór lasów amazońskich. Nic nowego? To prawda, ta dyskusja nie trwa od wczoraj. Pisali o tym, m.in. Stach Szabłowski i Adam Mazur w „Dwutygodniku” czy Kuba Szreder w „Szumie”. Wystarczy też wrzucić do wyszukiwarki hasło „polski rynek sztuki”, a znajdziemy kilkaset artykułów, w których ich autorzy podniecają się wzrostem potencjału finansowego tego rynku, pomijając to, co najważniejsze: brak ugruntowanych regulacji prawnych w zakresie obrotu sztuką, problemy certyfikacji i autentyczności, brak przejrzystości podatkowej w działalności pośredników (art advisorów, dealerów, doradców itp.), niejasne praktyki w zakresie autorskich praw majątkowych i ich przepływu pomiędzy artystami, galeriami i nabywcami sztuki, manipulacje wynikami aukcyjnymi. To tylko niektóre, oczywiste i mało emocjonujące, problemy rynku sztuki na niby. Ale tu nie o tym.
Od czasu do czasu słyszymy, że prywatne galerie sztuki przejęły rolę misyjną po zawłaszczonych i obezwładnionych instytucjach publicznych. Podobno kreują też zjawiska artystyczne, budują potencjał kulturowy i reprezentują polską sztukę na światowej scenie artystycznej. Są zaprawione na polu walki o „widoczność” sztuki najnowszej w scenografii trudnych politycznie czasów. Czyżby? Przeanalizujmy dramatis personae tej niejasnej sytuacji scenicznej.
AGREGAT, CZYLI PIRAMIDA ZWIERZĄT WSZELAKICH
Nie jest przecież niczym nowym, że zdecydowana większość galerii sztuki to zwyczajne przedsiębiorstwa nastawione na zysk. Oczekiwanie, że powinno być inaczej, to więcej niż naiwność i niczym nieuzasadnione roszczenie. Jeśli przyjmiemy za oczywistość biznesowy paradygmat funkcjonowania prywatnej galerii, to jednocześnie chcielibyśmy pełnego ucywilizowania działalności w zakresie przejrzystości przyjętych zasad gry, np. jasnych kryteriów wyceny oferowanych prac, zrozumienia wysokości pobieranej od artysty prowizji – 50% od wartości sprzedawanego dzieła. Dla porównania na rynku nieruchomości, na którym wartość niektórych obiektów często jest porównywalna, prowizja wynosi średnio 2%. Już słyszę te żachnięcia i kontry. Wiadomo: koszty promocji, koszty utrzymania galerii, koszty techniczne produkcji wystawy itp. Jednak jeśli jedna praca dopiero co „uwidocznionego” artysty może kosztować 30–60 tys. zł, to biorąc pod uwagę skromne zasoby personalne i często niski czynsz pozyskanego od miasta lokalu, prowizja wydaje się horrendalna. Zapewne – ironizując – stanowi spuściznę czasów, kiedy to prace artystów sprzedawały się po tysiąc złotych. Umowy komisyjne, umowy na udzielenie licencji zakładają również udzielenie kupującemu średnio 10–20% rabatu. Ile z tego realnie pozostanie dla artysty (po odjęciu podatków i kosztów dodatkowych)? Wiele galerii ma status fundacji prowadzących działalność gospodarczą, z przeznaczeniem przychodów na działalność statutową, co oznacza, że praktycznie nie płacą żadnych podatków, korzystając ze zwolnienia ze względu na prowadzoną działalność kulturalną (art. 17 ust. 1 pkt 4 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych).
Narracja głównego nurtu to narracja kasy. Dziś nie mamy żadnej silnej niezależnej instytucji, która mogłaby konkurować z merkantylną narracją prywatnych galerii. Przykro jest tym bardziej, że środki, kontakty i kapitał społeczny posiadane przez niegdyś kulturotwórcze galerie mogłyby zostać użyte do kreowania wartościowych zjawisk artystycznych, a nie tylko finansowych.
Również domy aukcyjne nie mają dobrego wizerunku. Manipulacje wynikami aukcyjnymi, upublicznione afery dotyczące wątpliwej autentyczności prac (również artystów żyjących), fikcja opłaty droit de suite, jako dodatkowego haraczu (pieniądze nie zawsze trafiają tam, gdzie powinny), wysokie prowizje od obu stron (40%) – to tylko te najbardziej jaskrawe problemy. Brak w Polsce art bankingu i kredytowania zakupu dzieł sztuki pod ich zastaw jednoznacznie określa wartość wyników aukcyjnych, a także rodzi pytanie o realne kwoty sprzedawanych obiektów. Wszystkie te „smaczki” od dawna są komentowane, w kuluarach wymienia się nowe ploteczki, zawsze pod sztandarami hipokryzji i środowiskowej „dyskrecji”.
Mamy też na scenie indywidualnych rozgrywających (kuratorów, galerzystów, urzędników), którzy arbitralnie (choć często niezależnie od siebie) dutknięciem wskazują sztukę najbardziej aktualnie sexy, artystów wchodzących w strefę widoczności (chętnie ze statusem celebrytów), miejsca, które staną się hot. To oni tworzą intymną atmosferę elitarności, ograniczonej dostępności do świata sztuki pożądanej (zapewne zgodnie z klasyfikacjami Pierre’a Bourdieu). Organizują ekskluzywne previews dla wybranych, kolacje inicjujące i spotkania z artystami – bogami chwilowej aktualności. I trzeba wyraźnie to powiedzieć: nie byłoby w tym nic nagannego, bo takie są mechanizmy liberalnego rynku. Dostęp jest dla nielicznych, cała reszta tupta w przedpokoju aspiracji, podgląda prawdziwe (lub częściej nieprawdziwe) sukcesy garstki i przyjmuje odpowiednie strategie: epigonizmu i wyczekiwania na życzliwą uwagę dzierżących władzę. Tak funkcjonuje cały świat z jedną istotną różnicą. Tu nie mamy nic innego. Narracja głównego nurtu to narracja kasy. Dziś nie mamy żadnej silnej niezależnej instytucji, która mogłaby konkurować z merkantylną narracją prywatnych galerii. Przykro jest tym bardziej, że środki, kontakty i kapitał społeczny posiadane przez niegdyś kulturotwórcze galerie mogłyby zostać użyte do kreowania wartościowych zjawisk artystycznych, a nie tylko finansowych, często z etykietą „eksport”. Smutno też i dlatego, że autorytety, które przez lata budowały instytucje niekomercyjne, po wysadzeniu z siodła trwonią swój kapitał społeczny, biorąc udział w dziwnych konkursach, gremiach, jurorowaniach, zamiast stanąć na czele nowych inicjatyw artystycznych wzmacniających postawy antyrynkowe i poszerzających wolnościowe pole.
Jest jedna nadzieja. Działalność samorządowych instytucji zlokalizowanych poza centrum. Znakomite postindustrialne, nowoczesne przestrzenie wystawiennicze i ciekawe pomysły. Niektóre z nich mają budżet pozwalający na organizację trzech wystaw w jeden weekend, wydawanie katalogów, organizowanie konkursów i podejmowanie inicjatyw edukacyjnych. Tym samym stać ich na wzmacnianie artystów nieobecnych w głównym nurcie, działających w mniej cenionych przez kolekcjonerów zjawiskach performatywnych, konceptualnych czy z pogranicza różnych dziedzin. Słabością ich działalności (niezawinioną) jest bycie ignorowanym przez centrum. To będzie się jednak zmieniało na fali zmęczenia malarstwem.
Jest też druga nadzieja. Samoorganizacja artystów. Tworzenie kolektywów, nieformalnych grup artystycznych, których celem jest przekraczanie zastanego, badanie i trwanie w procesie twórczym, bez względu na pokusy rynku sztuki na niby. Naiwnie? I co z tego?
MASA KRYTYCZNA, CZYLI JAK ZOSTAĆ CELEBRYTĄ
Są naprawdę na końcu przewodu pokarmowego. Osoby artystyczne. Nieprzygotowane przez uczelnie ani nikogo innego na rozpoznawanie zagrożeń płynących (często w postaci pozornych szans) z rynku sztuki na niby. Nieznające prawa autorskiego i pokrewnych. Wykorzystywane, mamione wizją komercyjnego sukcesu, ulegające presji social mediów, wizji błyskawicznych karier podglądanych na profilach koleżanek i kolegów namaszczonych przez trzymających władzę. Uprawiające najczęściej malarstwo (bo inne formy „się nie sprzedają”). W znakomitej większości niewidoczne, biedne i bardzo zdolne. Ciągle z nadzieją na odmianę losu poprzez cudowne dutknięcie całkiem widzialnych i konkretnych rąk rynku sztuki. To o nich pisze i ich maluje wspomniany na początku tekstu artysta Patryk Różycki. Przekonany, że jego sztuka będzie istotna dopiero po namaszczeniu przez decydentów (galerzystów, krytyków, kuratorów itp.). „Kariera”, „lepsze życie”, „sukces finansowy” są uzależnione od dutknięcia przez midasów rynku sztuki na niby. To oni skupiają na sobie uwagę, a powód, dla których są, czyli sztuka, jest nieistotny lub co najmniej zmarginalizowany. Można nawet zaryzykować, że oni po prostu są, sztuka niekoniecznie.
Jedna z nagrodzonych w tegorocznym konkursie Fundacji ING osób artystycznych, rozglądając się po przestrzeni biurowej, w boksach której umieszczono prace artystek i artystów, wyszeptała: Przeraża mnie ta bezwzględna i jednokierunkowa monetyzacja sztuki. Możemy to komentować jako przejaw prostodusznego przebłysku mądrości dziecięcej z baśni Andersena. Tak! Król jest nagi!
Jak więc przekonywać osoby artystyczne, że są ważne, najważniejsze? Że rynkowy punkt widzenia, jaki przejmują, nie jest ich narracją. Że ich miażdży? To trudne zadanie, zwłaszcza wtedy, gdy piętrzą się rachunki do zapłacenia, a zaprzyjaźniona artystka, niczym rasowa inwestorka, kupuje kolejne mieszkanie na wynajem. We wspomnianej pracy Piotra Szenajcha badani przez niego artyści, reprezentanci sukcesu artystycznego i komercyjnego, jednoznacznie ostrzegają przed niszczącym działaniem rynku sztuki, może najbardziej słowami Grzegorza Kowalskiego: Proszę pana, to, co ja panu mówię, ja też mówię im, żeby uważali. Bo ja wiem doskonale, że ich pragnieniem jest to, żeby znaleźć się w stajni Fundacji Galerii Foksal najlepiej, albo Rastra. […] Oni chcą tego, bo uważają, że tędy pójdą. Pójdą, jakoś zostaną zauważeni, sprzedani, kupieni i tak dalej. No i ja nie mogę powiedzieć: nie idźcie tą drogą dlatego, że stracicie po prostu to, co jest w was takie fajne. Że jesteście niezależni. […] Tylko nie mogę im tego zabronić, prawda?.
SPRAGNIENI PIĘKNA. POPYT GONI PODAŻ
Nie byłoby tej sceny artystycznej, tego rynku sztuki na niby, tych WGW-ów, targów hotelowych i pokątnych, gdyby nie nabywcy piękna. Kim oni są i dlaczego – powiedzmy to wprost – wzmacniają dysfunkcje naszego koślawego, niepięknego pola walki o sztukę? W ciągu ostatniej dekady profil kupujących sztukę mocno się zróżnicował. Gdzieniegdzie jeszcze łapiemy spojrzeniem ostatnich dinozaurów kolekcjonerstwa wczesnej transformacji, którzy obecnie w popłochu pozbywają się klasyków malarstwa i w zadyszce spieszą po stromych schodach na piętro galerii kupować to, co „młode i świeże”. Tych obecnych nabywców sztuki można podzielić na zwykłych i nieśmiałych (za nic nie wejdą do galerii!) zbieraczy obrazów, aktywnych na wszelkiego rodzaju aukcjach internetowych, inwestorów, kupujących wyłącznie hurtowo, w pakietach („po co mi jedna Abakanowicz?”), oraz tych już nieco bardziej wyrafinowanych, tematycznych, wyspecjalizowanych, otoczonych wianuszkiem doradczyń – zadziornych art advisorek. To ci odważnie wychodzą z ukrycia i dyskrecji swojego gromadzenia. Zakładają galerie i fundacje, najczęściej pod swoim nazwiskiem, budując pomnik za życia. W końcu rozumieją, że to nie jachty, pałace i cygara podniosą prestiż tych niedawno zdobytych fortun. Nie ma żadnej wątpliwości, że sztukę mają w głębokim poważaniu. Nie znają się, nie czytają, nie studiują podyplomowo historii sztuki w szkółkach niedzielnych. Pożyteczni idioci z ambicjami nieśmiertelności. To dla nich i dzięki nim rozkwitają prywatne galerie, sprytnie wykorzystujące strategie niedostępności towaru. Zarezerwowane, proszę śledzić naszą stronę, a często i drzwi zatrzaśnięte przed nosem. To są gry, którym ulegają spragnieni piękna. Bezwzględni w swoich branżach, totalnie bezbronni na rynku sztuki. Pożądający, poniewierani i łaskawie dopuszczani do sacrum za odpowiednią cenę. A cena nigdy nie jest wprost jawna. Tylko na indywidualne zamówienie. Tylko z listy oczekujących. Tylko dla wybranych. Łatwość żonglowania potrzebami spragnionych piękna skusiła galerie do niczym nieograniczonego windowania cen za prace dopiero co dutkniętych i namaszczonych. Z małym lub żadnym dorobkiem, bez indywidualnych wystaw w znaczących instytucjach. Po prostu artystek i artystów paluchem wskazanych, wybranych i rzuconych na taśmę szybkiej waloryzacji. Bez rozumnego prowadzenia, bez dawkowania, natychmiast! Bo sprzedaje się dziś! Bo jutra może nie być. Najsprawniejszym motorem tego działania jest tak jak wszędzie: chciwość. Skuteczne zapewnienia, że będzie drożej. Estymacje w domach aukcyjnych rozgrzewają wyobraźnię. Nic to, że za chwilę niesprzedane prace znikną z historii wyników aukcyjnych. To tylko chwilowa awaria.
Ale nawet pragnienie piękna ma swoje granice. W kuluarach padają wypowiadane dramatycznym głosem pytania: Ale dlaczego tak drogo, coraz drożej?. Niepewność zwrotu inwestycji hamuje nieco chciwość. Rynek sztuki na niby pożera swój ogon, łapie zadyszkę. Traci grunt pod nogami. Odwołując się do autorytetu samoswojego, tak naprawdę nie odwołuje się do niczego. Tautologie stają się ulubionymi figurami retorycznymi. Jest dobry, bo jest dobry, jest drogi, bo będzie droższy.
Omówione pokrótce dramatis personae tworzą główne filary znanego nam rynku sztuki. Chciałoby się mieć nadzieję, że to nie wszystko, że są jakieś perspektywy zmiany, zwłaszcza najbardziej pożądanej zmiany systemowej, która wsparłaby niezależny obieg dzieł sztuki w Polsce oraz działania samych artystów, dając im jakieś pole niezależności i wolności. Być może wypracowanie tego modelu zmiany jest możliwe. Wydaje się, że w dużej mierze dobrostan artystów zależy od świadomego wzrostu kapitału kulturowego w społeczeństwie i – co za tym idzie – niematerialnych aspiracji.
W większości krajów zachodnich punktem wyjścia dla wsparcia osób artystycznych i ich działań są modele oparte na zaangażowaniu państwa i samorządów w zapewnianie warunków do realizacji procesów tworzenia oraz wypracowania statusu artysty, zasad jego funkcjonowania na rynku pracy oraz dostosowania edukacji do sprawnego poruszania się w przestrzeni zawodowej (zasad wynagradzania, praw, ubezpieczenia, podatków, rządowych programów wsparcia itp.). Tylko systemowe podejście może przynieść widoczne efekty. Tymczasem na rodzimym rynku sztuki nie obowiązują prawie żadne zasady. Poziom znajomości swoich praw przez osoby artystyczne jest niewystarczający i przynosi negatywne skutki. Brakuje efektywnych inicjatyw edukacyjnych w zakresie nawiązywania relacji z instytucjami rynku sztuki, które są dla artystek i artystów bezpieczne, sprawiedliwe i nie ingerują w ich indywidualne wybory działań twórczych. Brakuje programów mentorskich, rozwijających zawodowo rezydencji, projektów i przestrzeni umożliwiających realizacje oryginalnych „niesprzedażowych” koncepcji artystycznych. Brak również mądrego sposobu mówienia o nowych, najlepiej pozamalarskich zjawiskach w sztuce. Te, które są widoczne, mają charakter hermetycznych rozpraw środowiskowych na łamach dwóch internetowych tytułów, które czyta kilkadziesiąt osób. Inne to infantylne instagramowe relacje typu show. Ich oglądanie powoduje mimowolne zgrzytanie zębami.
Opisane zjawiska nie wyczerpują licznych wątków, które zostały ledwie zaznaczone w tej refleksji. Choćby te dotyczące propozycji nowych form współpracy osób artystycznych z instytucjami na równoprawnych zasadach albo koncepcji prowadzenia artystów na rynku sztuki w sposób realnie niezależny, z możliwością wyboru projektów najbardziej odpowiednich dla ich indywidualnej wrażliwości. Ważnym, a niepodjętym tu tematem jest również poszerzanie pola edukacyjnego dla odbiorców sztuki. Na pewno nie w aspekcie inwestycyjnym, ale w rozumieniu, czym w zasadzie jest sztuka, w kontekście budowania kapitału kulturowego i bezinteresownego wsparcia. Budowanie narracji sprzyjającej naturze działań artystycznych jest trudne. Nie sprzyja temu ani siła przyjętego modelu działania prywatnych galerii, rozpalająca materialistyczną wyobraźnię środowiska, ani kiepski przekaz filmowy o przepływie kasy w sztuce. Sposób stawiania akcentów jest niewłaściwy. Poprzez wyraźne mówienie, jak jest, i podejmowanie mądrych działań możemy to zmienić. am
Rynek na niby
Tekst: Artur Kos
ART MONITOR nr 25/2023artmonitor.bigcartel.com
Autor jest ekspertem do spraw systemowych i edukacyjnych zmian na rynku sztuki oraz prezesem Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Kreatywnego.