Karol Śliwka – twórca kompletny
Zaprojektowane przez niego znaki na stałe wpisały się przestrzeń wizualną, zna je prawie każdy z nas. Ale w dzieciństwie nie miał czym malować – od najmłodszych lat używał więc patyków, cegieł, wszystkiego, co miał pod ręką. Karol Śliwka fachu nauczył się w liceum plastycznym w Bielsku. Chciał zostać malarzem, a został jednym z najwybitniejszych grafików na świecie. Swojego kolegę wspomina Andrzej Arcimowicz, z którym spotykam się na warszawskiej Saskiej Kępie.
Upór Arcimowicza, aby upamiętnić geniusz Śliwki, zmaterializował się wydaną przez jego wydawnictwo, Agar, ponad trzystustronicową publikacją prezentującą prace, które wybierał wraz z artystą. Początkowo sam Śliwka niechętnie podchodził do tego pomysłu, z uwagi na brak funduszy na publikację. Na szczęście udało się zdobyć środki, a wydany w 2011 r. album Karol Śliwka stał się nie tylko jednym z białych kruków, ale także lekturą obowiązkową każdego, kto planuje zająć się profesjonalnym projektowaniem graficznym.
„Poznaliśmy się, gdy miałem 22 lata i stawiałem pierwsze kroki w zawodzie. On był już wtedy utytułowanym projektantem” – mówi Arcimowicz, częstując mnie kawą, podczas gdy jego adoptowana suczka Praga próbuje wyprosić psie smaczki, które mam akurat w torbie. „Nasz wspólny przyjaciel Andrzej Zbrożek mówił o nim: «Karol to ma małpią zręczność. Czego się, cholera, nie dotknie, to zrobi to dobrze». I to była prawda. Karolowi można było dać jakiekolwiek zlecenie, a on zawsze wychodził z ciekawą propozycją. W książce, którą o nim wydałem, jest mnóstwo ilustracji, które robił dla zabicia czasu, a które według mnie są genialne. Zresztą na jej okładce jest jego fenomenalny autoportret namalowany pastelami w 1986 r. Jego spracowana twarz i oparte na lasce dłonie powodują, że jego postać jakby wychodzi z tła. Gdy zobaczyłem tę pracę w oryginale, uznałem, że to jest rekord świata”.
ESENCJA ZNAKU
W porównaniu ze znakami graficznymi pastele są mniej znanymi pracami Śliwki. Ale to właśnie one wciągały go najbardziej. Ptaki, tancerki – potrafił je malować godzinami, i to niezliczone ilości. „To był profesjonalista, to jest poza dyskusją. I proszę pamiętać: z jednym okiem! Drugie stracił w wieku kilkunastu lat w Harbutowicach. Gdzieś z kolegami chodzili i – jak to po wojnie – chcieli rozbroić jakieś znale- zisko. W trakcie wybuchła spłonka, czego efektem była utrata oka”.
Śliwka w swojej twórczości potrafił myśleć esencjonalnie. Był człowiekiem szalenie systematycznym. Wszsytko, co robił, miał zarchiwizowane, skatalogowane. Projekty, które ujrzały światło dzienne, były przemyślane, przepracowane i profe- sjonalne. Tak wspomina to Arcimowicz: „Czasami znak wychodził mu piorunem, a czasem potrafił w nim długo grzebać, poprawiać. Pamiętam, gdy męczył znak PKO, powiedziałem mu: «Karol, ty już się od tego odczep. Ten znak jest genialny i nie ma co się do niego dotykać!»”.
Czasami znak wychodził mu piorunem, a czasem potrafił w nim długo grzebać, poprawiać. Pamiętam, gdy męczył znak PKO, powiedziałem mu: Karol, ty już się od tego odczep. Ten znak jest genialny i nie ma co się do niego dotykać!
NOWE REALIA
Jedno z niemieckich wydawnictw prowadziło międzynarodowy ranking i Śliwka znalazł się tam na 8. miejscu wśród najlepszych artystów projektujących znaki graficzne na świecie. Mimo to z każdym rokiem dostawał coraz mniej zleceń. Po części wynikało ze zmian na rynku. „Będąc młodym człowiekiem nie wyobrażałem sobie nawet, co to znaczy nie mieć pracy. Sytuacja zawsze byłaodwrotna: to praca czekała na mnie! Początek lat 2000. był momentem, w którym tych zleceń faktycznie brakowało. Karol się z tym mocno zderzył. Ja mu oczywi- ście w drobnych zleceniach pomagałem, ale utrzymanie się w Warszawie stawało się dla niego coraz trudniejsze. Pamiętam, że kiedyś nawet pozbył się czajnika elektrycz- nego i wrócił do gotowania wody na gazie, żeby zmniejszyć rachunki” – mówi Arcimowicz.
To wtedy zrozumiał, że dla Karola najlepiej będzie, gdy wróci w swoje rodzinne strony. Śliwka mieszkał wtedy w Warszawie przy ulicy Słodowiec, na granicy Żoliborza i Bielan. „Jego żona Ala zmarła 20 lat przed nim, on tu był sam. Był już po siedemdziesiątce, na rynku graficznym był zastój, coraz mniej zleceń. Trudno było go przekonać do wyjazdu ze stolicy, w której mieszkał i pracował 60 lat. Długo się wahał, choć brał to pod uwagę. Któregoś dnia znalazł w Skoczowie mieszkanie o podobnej powierzchni do tego, w którym mieszkał w Warszawie. Z różnicy wy- nikającej ze sprzedaży mógł spokojnie żyć, a przypomnę, że w stolicy trudno było mu się utrzymać z emerytury, która wynosiła 1,4 tys. zł. Gdy go tam odwiedzałem z ma- larzem Heniem Laskowskim, to zawsze nam powtarzał: «Teraz czuję, że żyję! Żałuję, że nie zrobiłem tego 10 lat wcześniej»”.
W katalogu towarzyszącym retrospektywnej wystawie dorobku wybitnego artysty i grafika, zorganizowanej przez dyrekcję Muzeum im. Gustawa Morcinka w Skoczowie, Arcimowicz pisał: „Lubiłem słuchać jego wspomnień o Harbutowicach, rodzinnej wiosce położonej gdzieś daleko na Podbeskidziu, z dala od wszelkiej cywilizacji. Krajobrazy z dzieciństwa, atmosfera domu rodzinnego, a także szczególna bliskość i związek z naturą odcisnęły wyraźny ślad na osobowości i twórczości Karola”.
DUCHOWA UCZTA
Kończymy pomału kawę, a Arcimowicz podkreśla perfekcyjność, staranność i uwagę, z jaką Śliwka podchodził do każdego zlecenia, cechy tak rzadko dziś spotykane nie tylko wśród artystów, ale w ogóle wśród ludzi. „Wszystko robił ręcznie, wyłącznie pędzelkiem i piórkiem. Jak był starszy, to pomagałem mu przenosić te znaki do komputera, ale jego precyzja i rzemiosło były niespotykane. Spotykaliśmy się z Karolem i kilkoma przyjaciółmi w mojej pracowni i prowadziliśmy rozmowy artystyczne na każdy temat, była to dla nas uczta duchowa. Debatowaliśmy o sztuce, grafice, rozwiązaniach, na które każdy z nas wpadał, potrafiliśmy tak przy winie i dobrym jedzeniu rozmawiać godzinami”.
Choć nie miałem wtedy świadomości graficznej, to z dzieciństwa pamiętam zaprojektowane przez Śliwkę znaki czy to na winylu (znak dla firmy fonograficznej Polton), czy na książce (Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne). Dorobek, który po sobie zostawił, jest nie tylko zapisem historii, ale przede wszystkim wrażliwości artysty, który w syntetycznej formie uniwersalnego znaku potrafił zawrzeć zarówno potrzeby komunikacyjne czy brandingowe, jak i niespotykaną harmonię, dzięki której jego prace mają charakter kompletny.am