Czy sztuka ludzka stanie się luksusem?
Sylwia Czubkowska, zdj.: Mateusz Skwarczek
Technologia staje się coraz bardziej polityczna, bo to nie jest jakaś autonomiczna, niezależna siła. Oczywiście, jak myślimy o technologii, to gdzieś tam z tyłu głowy mamy wizję matematycznej, binarnej innowacji. Ale przejście z poziomu wyobrażonego do praktycznego powoduje, że nie da się nic stworzyć i wdrożyć bez otoczenia politycznego.
„Jesteśmy w momencie rozbudzenia świadomości technologicznej, szczególnie wśród artystów i twórców” zauważa Sylwia Czubkowska, autorka książki Bóg techy. Ale to przebudzenie rodzi też niepokój: sztuczna inteligencja zaczyna zalewać kulturę wizualną tanimi, gładkimi i przewidywalnymi obrazami. W tym zalewie uśrednionej estetyki pojawia się realne zagrożenie dla sztuki jako ludzkiego doświadczenia – wymagającego czasu, wysiłku i indywidualnej wizji. Czubkowska podkreśla, że w przyszłości prawdziwa sztuka może się stać dobrem luksusowym: reglamentowanym, droższym, a jednocześnie trudniejszym w odbiorze, bo wymagającym wiedzy i uważności. W takim świecie to nie AI, ale człowiek – ze swoją wrażliwością i wyobraźnią – będzie największą rzadkością.
Najbardziej obawiam tego, że zaczniemy dostawać tak doskonale generowane wytwory markujące sztukę, tak świetnie do nas dopasowane, idealnie odpowiadające naszym wymogom, że utracimy zdolność rozumienia samej potrzeby sztuki. Naturą jej nie jest przecież przypochlebianie się odbiorcy na każdym kroku. Ona nas zaskakuje, wkurza, obrzydza, oburza, przez nią czujemy się często gorzej, ona nas zmusza do myślenia, do pewnej niezgody.
Na jakim jesteśmy więc etapie?
W momencie rozbudzenia świadomości techno- logicznej. Świadomości bardzo szerokiej, szczególnie właśnie wśród artystów i twórców. To jest moim zdaniem jedno z ważniejszych zjawisk pojawiających się na przecięciu technologii, społeczeństwa, prawa i gospodarki, z którymi mamy teraz do czynienia.
Gdzie byś upatrywała największego zagrożenia, jeżeli chodzi o proces zagarniania dóbr kultury przez AI i platformy? Czy możemy stworzyć regulacje z tym związane?
Uważam, że państwa powinny wprowadzić takie regulacje.
Ale czy te regulacje miałyby być na poziomie narodowym, czy współpracy międzynarodowej? Muszą być na poziomie narodowym, bo prawo międzynarodowe nie reguluje takich kwestii szczegółowo. Co nie znaczy, że nie możemy doprowadzać do rewizji pewnych międzynarodowych zasad. Tak jak dzieje się to z prawem autorskim, mamy przecież międzynarodowe normy np. dotyczące domeny publicznej – dzieło wchodzi do niej po 70-letnim okresie ochronnym. Ale muszą być przepisy krajowe, które będą wdrażały takie rozwiązania.
Włochy ostatnio wprowadziły ustawy porządkujące użycie AI, ale nie we wszystkich aspektach.
Poszczególne państwa nad tym pracują. Można powiedzieć, że jesteśmy z tym trochę w tyle, ale prawo zawsze będzie opóźnione w stosunku do technologii. Lepiej jest być trochę opóźnionym, a przygotować dobre rozwiązania prawne, niż ścigać się i stworzyć coś, co będzie szkodliwe. Bo to nie są łatwe reformy. Oprócz ochrony artystów muszą też brać pod uwagę prawa konsumentów, a także wspierać rozwój technologii. Więc na pewno nie będzie łatwo z wdrażaniem takich rozwiązań, bo zderza się tu kilka porządków: zarówno potrzeby firm technologicznych, jak i artystów.
I potrzeby odbiorców?
Tak, bo coraz powszechniej korzystamy z generatywnej AI i zaczynamy się do niej przyzwyczajać, chcemy coraz bardziej zaawansowanych rozwiązań. Co więcej, regulatorzy na pewno będą się zderzać z silnymi narracjami lobbingowymi. Choćby: „nie regulować, bo będziemy mieli złą AI, a w ogóle to jest taki hołd dla twórczości artystycznej, to jaka to strata?”. Ponadto pojawiają się narracje, które są zbieżne z hasłami kolonizatorów sprzed kilkuset lat, którzy przekonywali podbijane ludy: „wy nie umiecie tej ziemi wykorzystać, to my was nauczymy”. Obecnie tych samych argumentów używają firmy technologiczne, powołujące się na to, że to one umieją odpowiednio wykorzystać twórczość do trenowania modeli AI.
Dlaczego dobrowolnie oddajemy władzę technologicznym gigantom? Czy w XXI w. techno- logia zaczyna odgrywać rolę jakiejś ostatecznej instancji, do której się odwołujemy?
Trochę tak. Wciąż jest w nas mocno zakorzenione przekonanie, że technokratyczne rządy są najlepsze, bo skupiają się na rozwiązywaniu konkretnych problemów gospodarczych, korzystając z rozwiązań naukowych. Nie tyle techno- logicznych, co technicznych. W przeciwieństwie do tych upolitycznionych rządów, które tylko ścierają się ze sobą na ideologie. To jest myślenie, że przyjdzie technologia i nas zbawi. Jak pisał ironicznie w swojej książce Evgeny Morozov: „Kliknij tu i zbaw nas”. On ten technosolucjonizm krytykował ponad dekadę temu, a takie przekonania wciąż w nas tkwią. I AI jest kolejnym poziomem tej wiary w boga technologii.
Technologia nigdy nie jest po prostu samą techno- logią, jest polityczna i społeczna. W jakim stopniu jest ona obecnie polityczna? Piszesz, że wystarczą miliardy dolarów, żeby stworzyć parapaństwo.
Technologia staje się coraz bardziej polityczna, bo to nie jest jakaś autonomiczna, niezależna siła. Oczywiście, jak myślimy o technologii, to gdzieś tam z tyłu głowy mamy wizję matematycznej, binarnej innowacji. Ale przejście z poziomu wyobrażonego do praktycznego powoduje, że nie da się nic stworzyć i wdrożyć bez otoczenia politycznego. Projektowanie, produkcja, to, do kogo to trafia, czy będzie uregulowana, czy nie – wszystko to zależy od polityki. W efekcie zaczyna odpowiadać na potrzeby polityczne. Równocześnie im silniejsza staje się technologia, tym bardziej stara się tak kreować ekosystem polityczny, by wzmacniać swoją pozycję. Widzimy to dzisiaj bardzo wyraźnie na przykładzie Stanów Zjednoczonych i relacji Doliny Krzemowej z Donaldem Trumpem, czyli związków świata technologii ze światem polityki, coraz bardziej przypominających sojusz tronu i ołtarza. Czyli wiary i władzy. Inauguracja prezydencka, na którą prezesi big techów wpłacali miliony, spotkania z Trumpem, wspólne zdjęcia i kolacje to nie są tylko gesty. Za nimi idą bardzo twarde (choć często sprzeczne z indywidualnymi poglądami) decyzje szefów firm technologicznych, by wspierać konkretnych polityków i ich agendy. Wiedzą oni bowiem, że w zamian dostaną silne polityczne wsparcie. Tworzy się więc bardzo pragmatyczna relacja, w której i jedni, i drudzy muszą się trochę ugiąć. Wizerunkowo bardziej uginają się przedstawiciele technologii, ale myślę, że długofalowo bardziej ugną się jednak politycy, a w konsekwencji nastąpi uzależnienie rządów USA czy innych państw od rządów gigantów technologicznych.
Zobaczmy, jaka jest sytuacja w Polsce. Google zapowiedział, że zainwestuje 5 mln dolarów w polskie innowacje, co jest kwotą śmiesznie małą. Ten gigant samego podatku CIT płaci nam zaledwie 50 mln dolarów. Jaka twoim zdaniem powinna być ta suma?
Adekwatna do tego, ile te platformy zarabiają w Polsce. Płacenie podatków jest po prostu częścią bycia w pewnej umowie społecznej. Przypomnę, że te firmy nie płacą większych danin, ponieważ nie zostały one na nie nałożone przez państwo.
No właśnie, czy sytuacja się zmieni? Bo ostatnio polski rząd zapowiadał opodatkowanie gigantów technologicznych, mimo sprzeciwu USA.
Za późno. Przeoczyliśmy w Polsce dobre okienko na ten podatek, które było za czasów prezydentury Joe Bidena. Wtedy wiele państw Europy, nie tylko Unii Europejskiej, zdecydowało się na wdrożenie mechanizmu podatku cyfrowego. Teraz sytuacja w Polsce jest rzeczywiście utrudniona ze względu na silne relacje z USA i naszą sytuację geopolityczną. To, że przez rozpoczętą przez Rosję wojnę staliśmy się państwem frontowym, bardzo ogranicza nam pole manewru. Korporacje cyfrowe o tym wiedzą i wykorzystują ten stan. W efekcie jesteśmy poddawani pewnego rodzaju szantażowi amerykańsko-bigtechowemu. Być może argumenty, jakie się w nim pojawią – np. podatek cyfrowy oznacza ograniczenie militarnego wsparcia USA – są na wyrost. Tyle że nie wiemy, jak bardzo na wyrost. I nikt nie jest chyba taki odważny, żeby w tego pokera zagrać i sprawdzić, jakie karty ma druga strona.
Yuval Noah Harari ostrzega, że AI może pozbawić nas monopolu na język, na tworzenie opo- wieści. A język to fundament cywilizacji. Czy w związku z tym algorytm jest nie tylko w stanie naśladować, ale też realnie zastąpić proces twórczy? Wyczyścić nam kulturę, spłaszczyć ją, zawłaszczyć?
Najbardziej obawiam tego, że zaczniemy dostawać tak doskonale generowane wytwory markujące sztukę, tak świetnie do nas dopasowane, idealnie odpowiadające naszym wymogom, że utracimy zdolność rozumienia samej potrzeby sztuki. Naturą jej nie jest przecież przypochlebianie się odbiorcy na każdym kroku. Ona nas zaskakuje, wkurza, obrzydza, oburza, przez nią czujemy się często gorzej, ona nas zmusza do myślenia, do pewnej niezgody. Zadaniem sztuki jest wzbudzanie w odbiorcy takich emocji, które pchną go do lepszego zrozumienia i siebie, i świata, i innych ludzi. Jeżeli zostaniemy zalani zlepkiem za dobrze zrobionych, za miłych, za bardzo dopasowanych do nas rzeczy, możemy niestety zacząć tracić ten zmysł czy potrzebę otaczania się sztuką.
Pierwszy poziom działania to konieczność oznaczania treści AI. My musimy wiedzieć, czy coś jest human made, czy AI made. Jeżeli powstało z użyciem AI, to w jakim zakresie. Część ludzi podejmowała będzie decyzję już na podstawie tej informacji. Odpowiedzialność za te oznaczenia leżeć powinna po stronie platform cyfrowych.
Umiejętność mylenia się może?
Nawet nie tyle mylenia się. My możemy przestać zadawać sobie pytania, mieć wątpliwości, które powstają w efekcie obcowania ze sztuką. Bardzo mocno to odczułam, gdy kilka miesięcy temu nastąpił zalew wytworów generowanych na bazie grafik studia Ghibli i filmów Hayao Miyazakiego. Bolało mnie to osobiście, bo jestem ich wielką fanką, więc kiedy pojawiły się grafiki generowane przez AI na ich wzór, miałam poczucie, że te emocje, refleksje, które wywoływało oglądanie oryginalnych produkcji, zostaje nam właśnie odbierane. Nie tylko mi, ale też przyszłym i obecnym pokoleniom, które w zalewie ghiblipodobnych produktów utracą szansę na prawdziwe emocje, jakie dawała ta sztuka. Że to wszystko się rozpłynie i rozdrobni w masie generatywnej AI.
Nie będzie też czekania na premiery, czekania na jakieś zaskoczenia. Dreszczyku ekscytacji.
Tak, ponieważ to wszystko będzie za łatwo dostępne. Ta demokratyzacja w dostępie do kultury niestety nie jest demokratyzacją, tylko ochlokracją, rządami motłochu, który widzimy w zalewie AI slopów, czyli dosłownie pomyj.
Wracając do Grega Rutkowskiego, czy uważasz, że część pracy ręcznej, tej twórczej, przejmą niedługo algorytmy, a rola prawdziwego artysty przesunie się bardziej w stronę kuratora, selekcjonera, performera?
To się, oczywiście, już dzieje. Jak spojrzymy na prace grafików, to są one po części zautomaty- zowane. I ta automatyzacja, i robotyzacja poma- gają im w tworzeniu cyfrowych grafik. Zapewne w przypadku kultury wizualnej będzie można niektórych twórców, działających za pomocą algorytmów, określać mianem prompterów. Na pewno pojawi się też jakiś proces kuratorstwa wytworów sztucznej inteligencji. Natomiast nie chciałabym, żeby to całkiem zastąpiło pracę artysty, i raczej tego nie przewiduję.
A co twoim zdaniem powinna zrobić instytucja kultury, do której trafiają dzieła generowane przez AI? Traktować je na równi z innymi me- diami, a może uznać, że jest to tylko zjawisko technologiczno-społeczne, a nie sztuka?
2–3 lata temu był taki trend: wystawa dzieł tworzonych w AI, pojawiły się nawet wygenerowane w promptach okładki książek. Dzisiaj coraz silniejsza jest niezgoda na takie działania i przekonanie, że nie są to dzieła analogiczne do twórczości ludzkiej. Jak się pojawiają tego typu wytwory, to ludzie się oburzają.
Cały czas mówię „wytwory”, nawiązując do świetnej książki Olgi Drendy, Wyroby. Pomysłowość wokół nas, w której pisała o wytworach pracy fizycznej, o marzeniu bycia arty- stą, zagospodarowywaniu naszego otoczenia, polskiej innowacyjności, przez niektórych uważanej za kicz. Czyli o projektach typu łabędzie z opon czy dewocjonalia w ogródkach. To, co my teraz dostajemy, też jest takimi wytworami. Wynikającymi po części z potrzeby, by każdy mógł szybko i łatwo stworzyć sobie własne dzieło sztuki. Jednak równocześnie narasta niezgoda na to, by wytwory AI umieszczać w kategorii sztuki. I ta niezgoda jest bardzo ciekawym zjawiskiem, pokazującym, że choćby podświadomie potrzebujemy sztuki, która nie będzie tylko AI sykofantem przytakującym naszym gustom.
A co będzie, jeżeli sami odbiorcy będą chcieli takich dzieł?
Odbiorcy już chcą takich dzieł, właśnie dlatego, że one ze swojej natury dążą do przypodobywania się im. Duże modele językowe są tak trenowane, żeby zadowalać promptującego, dawać odpowiedzi, które będą nie tylko szybkie i łatwe, ale także pochlebne, odpowiadające potrzebom. Jednak, jak mówiłam, w ludziach budzi się niezgoda na to, by wytwory te traktować na równi z dziełami ludzkimi. I to jest bardzo ważne zjawisko, które pokazuje, jak istotne są rozwiązania systemowe.
Na pewno pierwszy poziom działania to konieczność oznaczania treści AI. My musimy wiedzieć, czy coś jest human made, czy AI made. Jeżeli powstało z użyciem AI, to w jakim zakresie. Część ludzi podejmowała będzie decyzję już na podstawie tej informacji. Odpowiedzialność za te oznaczenia leżeć powinna po stronie platform cyfrowych. Co więcej, nie powinno się pozwalać im na celowo algorytmiczne podbijanie zasięgów treści generowanych przez AI. Ponadto trzeba też transparentnie mówić o zarobkach osób stojących za tymi treściami. Pytanie brzmi, czy naprawdę ci kuratorzy czy twórcy, którzy generują AI slopy, czyli te niskiej jakości treści, powinni zarabiać na takich samych zasadach, co ludzie dostarczający swoje utwory?
Częstym zarzutem wobec Spotify’a, Netflixa czy w ogóle platform jest to, że one zwalczają kultury narodowe. Uważasz, że powstanie platform publicznych, które promują polskich twórców, miałoby tutaj uzasadnienie?
W pewnym sensie takie platformy już są, bo przecież mamy media publiczne. Co więcej, są wymogi dyrektywy audiowizualnej w Europie, zgodnie z którymi co najmniej 30% treści na platformach streamingowych musi być treściami lokalnymi. Platformy to wypełniają, bo po co im kary? Dzięki tej dyrektywie jest dużo zamówień na filmy, seriale, muzyka polskich twórców jest w radiu i na Spotify. To prawo, które wymusza na dostawcach pewne rozwiązania i które, jak widać, działa. Możemy oczywiście dyskutować, czy to jest faktycznie taka kultura i sztuka, której byśmy chcieli, bo jest ona jednak podporządkowana zasadom streamingów, budowania odpowiednich zasięgów, poddana algorytmom, ale fakt faktem lokalne, europejskie utwory są obecnie dostępne dla odbiorców.
Widać ponadto, że tworzenie odpowiedzialnego otoczenia, budżetów wpierających twórców jest skuteczne. Przykład? Budżet Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej składa się z opłat audiowizualnych od nadawców, w tym także platform streamingowych, choć straszyły one, że przez ten obowiązek wzrosną ceny abonamentów. Mimo to PISF działa, a abonamenty nie podrożały z powodu opłaty. Teraz zapewne przyjdzie nam rozważyć kolejne kroki w kierunku wzmacniania pozycji twórców w zderzeniu z korporacjami tworzącymi AI. Być może także pod kątem opłat za korzystanie z utworów do trenowania modeli. Nie ma co się oszukiwać – opiekuńczość państwowa na tym polu będzie niezbędna.
Jaki będzie status sztuki wobec zagrożeń związanych z rozwojem AI?
Ludzka sztuka może zdrożeć. Mam na myśli nie tylko koszt finansowy, ale głównie to, że będzie cenniejsza z powodu czasu, jaki będziemy musieli na nią poświecić. Rewolucja technologiczna powoduje, że tanieją procesy produkcyjne, a my, aby spędzić czas z prawdziwą, ludzką sztuką, skonfrontować się z nią, przemyśleć ją, będziemy musieli poświęcić czas i chęci, co z kolei podniesie nasze koszty. W świecie, w którym tak wiele dostajemy on demand, czyli na życzenie, sztuka będzie wymagała sporo wysiłku.am