Czytanie:19 minut Data:18 lut 2026Tekst:Anna Gromnicka

Czy sztuka ludzka stanie się luksusem?

Sylwia Czubkowska, zdj.: Mateusz Skwarczek

Technologia staje się coraz bardziej polityczna, bo to nie jest jakaś autonomiczna, niezależna siła. Oczywiście, jak myślimy o technologii, to gdzieś tam z tyłu głowy mamy wizję matematycznej, binarnej innowacji. Ale przejście z poziomu wyobrażonego do praktycznego powoduje, że nie da się nic stworzyć i wdrożyć bez otoczenia politycznego.
Sylwia Czubkowska

„Jesteśmy w momencie rozbudzenia świadomości technologicznej, szczególnie wśród artystów i twórców” zauważa Sylwia Czubkowska, autorka książki Bóg techy. Ale to przebudzenie rodzi też niepokój: sztuczna inteligencja zaczyna zalewać kulturę wizualną tanimi, gładkimi i przewidywalnymi obrazami. W tym zalewie uśrednionej estetyki pojawia się realne zagrożenie dla sztuki jako ludzkiego doświadczenia – wymagającego czasu, wysiłku i indywidualnej wizji. Czubkowska podkreśla, że w przyszłości prawdziwa sztuka może się stać dobrem luksusowym: reglamentowanym, droższym, a jednocześnie trudniejszym w odbiorze, bo wymagającym wiedzy i uważności. W takim świecie to nie AI, ale człowiek – ze swoją wrażliwością i wyobraźnią – będzie największą rzadkością.

ANNA GROMNICKA
W swojej książce Bóg techy. Jak wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem piszesz, że technologie i ludzie, którzy nimi zarządzają, próbują stać się czymś na kształt soft power. Na czym to polega i dlaczego jest to niebezpieczne?
SYLWIA CZUBKOWSKA
Wykorzystują oni soft power, czyli tzw. miękką siłę – obudowują się wartościami zahaczającymi o kulturę, popkulturę, naukę, o całościowe budowanie wizerunku – do tego, by wzmacniać swoją pozycję. Zresztą cała koncepcja soft power została opracowana ponad 30 lat temu przez amerykańskiego politologa Josepha Nye’a do międzynarodowej oceny siły Stanów Zjednoczonych. Zauważył on bowiem, że pozycja USA w czasie zimnej wojny była budowana nie tylko na bazie siły militarnej, gospodarczej i politycznej, ale też przez jeansy, Coca-Colę, Michaela Jacksona i filmy o Rockym. Dziś największe korporacje technologiczne robią podobnie. Mają ogromny kapitał, zasoby ludzkie – świetnych pracowników, menadżerów, programistów, lobbystów. Mają też siły polityczne, innowacje, rozwiązania, które zmieniają nasz sposób funkcjonowania. Przekonują, że tylko oni dostarczają nam nowości, więc nie ma sensu wyważać otwartych drzwi, bo po co szukać czegoś innego, jak tu jest dobry, gotowy produkt. Otaczają się ludźmi kultury, i nie chodzi tylko o wynajmowanie kogoś do promocji, jak wtedy, gdy Bono wziął udział w reklamie Apple Music i pierwszych iPodów. Dziś to raczej sponsorowanie wydarzeń kulturalnych, zadawanie się z fajnymi postaciami, tak by i one w tym funkcjonowały i wyrobiły w sobie jakąś zależność, wdzięczność w stosunku do korporacji.
AN
Czyli dziś dzieje się to także przez tzw. doły, czyli przemysł kreatywny.
SC
Bo spora część przemysłu kreatywnego jest beneficjentami – a przynajmniej jest przekonywana, że są beneficjentami – tego systemu. Bardzo dobrym przykładem są muzycy. Po wielkim kryzysie z przełomu lat 90. i zerowych, czyli piractwie, zarówno fizycznym, kaset, płyt DVD oraz CD, jak i późniejszym piractwie cyfrowym, czyli pojawieniu się Napstera, Pirate Bay, wymienianiu się plikami MP3, pojawiły się streamingi muzyczne. Była to odpowiedź na problemy tak odbiorców, którzy chcieli mieć masowy i tani dostęp do muzyki, jak i twórców domagających się, żeby jednak ktoś im płacił za autorstwo. Wydawało się, że znaleziono złoty środek. Ale dwie dekady później – bo przecież Spotify w 2026 r. będzie obchodził 20. urodziny – pojawia się coraz więcej analiz i dowodów na to, że ten system opłaca się jedynie bardzo wąskiej grupie artystów. Jak chwali się sama platforma, globalnie jest około 1500 muzyków, którym wypłaca powyżej miliona dolarów rocznie. Może się wydawać, że to sporo, ale tak naprawdę to tylko wąski szczyt piramidy wszystkich twórców. Zaś ogromna ich rzesza nie jest w stanie się utrzymać bez, po pierwsze, superintensywnej pracy, czyli dostarczania ciągle i ciągle contentu muzycznego, a po drugie bez stałej aktywności koncertowej. Ich praca tak naprawdę się prekaryzuje.
AN
Co z artystami wizualnymi?
SC
Sztuka też jest świetnym przykładem tego zjawiska. Wydawała się być odporna na rewolucję technologiczną. Z jednej strony była dosyć trudna do umasowienia, bo jednak oparta na kunszcie bardzo indywidualnym. A z drugiej – za mało biznesowa, by generowała na tyle duże przychody, żeby przemysł technologiczny się nią zainteresował. Do czasu generatywnej AI, która przecież opiera się także na generowaniu odpowiedzi wizualnych: graficznych, ilustracyjnych, wideo. I nagle okazało się, że los artystów wizualnych też jest bardzo niepewny.
AN
Jak społeczeństwa, państwa powinny bronić au- torów, sztuki, kultury w kontekście praw autorskich? AI i platformy wykorzystują sztukę bez zgody artystów.
SC
Nawet więcej niż bez ich zgody – bez ich wiedzy i świadomości. Żeby zrozumieć ten proces, musimy zrozumieć, jak wygląda trenowanie generatywnej sztucznej inteligencji. Do tego niezbędne są dane, treści, czyli pokarm dla AI. Wszystkie duże modele językowe, z którymi dzisiaj mamy do czynienia, a jest ich naprawdę multum – kilkaset na całym świecie – muszą dostać treści tekstowe, dźwiękowe, wizualne. Generatywna AI była tworzona i używana od dawna. Po prostu od trzech lat, od czasu premiery ChataGPT, mamy doskonalsze mechanizmy transformerów. To, na czym jest oparty GPT, czyli na transformowaniu treści do odpowiedzi, która jest dla nas czytelna i zrozumiała, coraz doskonalej odpowiada potrzebom czło- wieka. Dzisiaj już wiemy, że bardzo dużo z tego, na czym były trenowane modele, było zgarniane bez wiedzy i zgody twórców, np. pisarzy. Anthropic właśnie przegrał proces i ma wypłacić grupie pisarzy odszkodowania. Jest też kilka procesów wytoczonych przez media twórcom modeli językowych, działały one bowiem np. bez wiedzy muzyków. Pojawiają się kontrowersje związane ze Spotify, który tworzy własnych pseudomuzyków.
AN
Generatywny gabinet cieni Spotify?
SC
Dokładnie tak. A wszystko po to, żeby oferować twór muzyczny – bo to nie jest muzyka – łatwy w wytworzeniu, w dostarczeniu i odbiorze, a przede wszystkim bardzo tani. Dzięki temu odbiorca cały czas ma dostawać coś nowego, tak by spędzał jak najwięcej czasu na platformie. Istnieje też bardzo duży problem związany ze sztukami wizualnymi. Arcyciekawy jest przy- kład Grega Rutkowskiego, grafika i twórcy wizualnego, jednego z najbardziej rozpoznawalnych w świecie polskich artystów, tworzącego animacje i grafikę produkcji fantasy. Rutkowski ma swój warsztat: maluje obrazy olejne, na podstawie których tworzy potem grafikę typu fantasy. Jego styl jest i charakterystyczny, i superpopularny. Tak popularny, że w pewnym momencie prompty „na Rutkowskiego”, czyli zamawianie grafik wzorowanych na Rutkowskim, były najpopularniejszymi promptami w kilku modelach typu AI. I choć Rutkowski jest naprawdę dużym propagatorem i entuzjastą technologii, to kiedy to odkrył – a fakt, że każdy może wypromptować coś, co jest podobne do twojej sztuki za niewielkie pieniądze oznacza dla niego konkretne straty choćby w zleceniach, z których zrezygnowano – to wspólnie z kilkoma innymi artystami pozwał w 2023 r. firmy stojące za dużymi modelami językowymi: Stability, MidJourney, Runway i DeviantArt. Ten proces się cały czas toczy. Ale jest on mocnym dowodem na to, że artyści sami musieli docierać do wiedzy, że ich dzieła bez ich zgód, świadomości i ze stratami dla nich są wykorzystywane do...
AN
Kradzieży?
SC
Nie tyle nawet kradzieży, choć, oczywiście, łatwo jest to nazwać kradzieżą, ale są wykorzystywane do tego, żeby karmić narzędzia, na których ktoś inny zarabia. Mało tego – twórcy są szantażowani argumentami, że jak nie zgodzisz się na użycie twoich prac, to my, ludzkość, będziemy mieć słabą AI. Będziemy żyć w zaśmieconym przez AI świecie. Więc dbanie o swój interes, o swoje prawa jest pokazywane jako egocentryzm.
Najbardziej obawiam tego, że zaczniemy dostawać tak doskonale generowane wytwory markujące sztukę, tak świetnie do nas dopasowane, idealnie odpowiadające naszym wymogom, że utracimy zdolność rozumienia samej potrzeby sztuki. Naturą jej nie jest przecież przypochlebianie się odbiorcy na każdym kroku. Ona nas zaskakuje, wkurza, obrzydza, oburza, przez nią czujemy się często gorzej, ona nas zmusza do myślenia, do pewnej niezgody.
Sylwia Czubkowska

Na jakim jesteśmy więc etapie?

W momencie rozbudzenia świadomości techno- logicznej. Świadomości bardzo szerokiej, szczególnie właśnie wśród artystów i twórców. To jest moim zdaniem jedno z ważniejszych zjawisk pojawiających się na przecięciu technologii, społeczeństwa, prawa i gospodarki, z którymi mamy teraz do czynienia.

Gdzie byś upatrywała największego zagrożenia, jeżeli chodzi o proces zagarniania dóbr kultury przez AI i platformy? Czy możemy stworzyć regulacje z tym związane?

Uważam, że państwa powinny wprowadzić takie regulacje.

Ale czy te regulacje miałyby być na poziomie narodowym, czy współpracy międzynarodowej? Muszą być na poziomie narodowym, bo prawo międzynarodowe nie reguluje takich kwestii szczegółowo. Co nie znaczy, że nie możemy doprowadzać do rewizji pewnych międzynarodowych zasad. Tak jak dzieje się to z prawem autorskim, mamy przecież międzynarodowe normy np. dotyczące domeny publicznej – dzieło wchodzi do niej po 70-letnim okresie ochronnym. Ale muszą być przepisy krajowe, które będą wdrażały takie rozwiązania.

Włochy ostatnio wprowadziły ustawy porządkujące użycie AI, ale nie we wszystkich aspektach.

Poszczególne państwa nad tym pracują. Można powiedzieć, że jesteśmy z tym trochę w tyle, ale prawo zawsze będzie opóźnione w stosunku do technologii. Lepiej jest być trochę opóźnionym, a przygotować dobre rozwiązania prawne, niż ścigać się i stworzyć coś, co będzie szkodliwe. Bo to nie są łatwe reformy. Oprócz ochrony artystów muszą też brać pod uwagę prawa konsumentów, a także wspierać rozwój technologii. Więc na pewno nie będzie łatwo z wdrażaniem takich rozwiązań, bo zderza się tu kilka porządków: zarówno potrzeby firm technologicznych, jak i artystów.

I potrzeby odbiorców?

Tak, bo coraz powszechniej korzystamy z generatywnej AI i zaczynamy się do niej przyzwyczajać, chcemy coraz bardziej zaawansowanych rozwiązań. Co więcej, regulatorzy na pewno będą się zderzać z silnymi narracjami lobbingowymi. Choćby: „nie regulować, bo będziemy mieli złą AI, a w ogóle to jest taki hołd dla twórczości artystycznej, to jaka to strata?”. Ponadto pojawiają się narracje, które są zbieżne z hasłami kolonizatorów sprzed kilkuset lat, którzy przekonywali podbijane ludy: „wy nie umiecie tej ziemi wykorzystać, to my was nauczymy”. Obecnie tych samych argumentów używają firmy technologiczne, powołujące się na to, że to one umieją odpowiednio wykorzystać twórczość do trenowania modeli AI.

Dlaczego dobrowolnie oddajemy władzę technologicznym gigantom? Czy w XXI w. techno- logia zaczyna odgrywać rolę jakiejś ostatecznej instancji, do której się odwołujemy?

Trochę tak. Wciąż jest w nas mocno zakorzenione przekonanie, że technokratyczne rządy są najlepsze, bo skupiają się na rozwiązywaniu konkretnych problemów gospodarczych, korzystając z rozwiązań naukowych. Nie tyle techno- logicznych, co technicznych. W przeciwieństwie do tych upolitycznionych rządów, które tylko ścierają się ze sobą na ideologie. To jest myślenie, że przyjdzie technologia i nas zbawi. Jak pisał ironicznie w swojej książce Evgeny Morozov: „Kliknij tu i zbaw nas”. On ten technosolucjonizm krytykował ponad dekadę temu, a takie przekonania wciąż w nas tkwią. I AI jest kolejnym poziomem tej wiary w boga technologii.

Technologia nigdy nie jest po prostu samą techno- logią, jest polityczna i społeczna. W jakim stopniu jest ona obecnie polityczna? Piszesz, że wystarczą miliardy dolarów, żeby stworzyć parapaństwo.

Technologia staje się coraz bardziej polityczna, bo to nie jest jakaś autonomiczna, niezależna siła. Oczywiście, jak myślimy o technologii, to gdzieś tam z tyłu głowy mamy wizję matematycznej, binarnej innowacji. Ale przejście z poziomu wyobrażonego do praktycznego powoduje, że nie da się nic stworzyć i wdrożyć bez otoczenia politycznego. Projektowanie, produkcja, to, do kogo to trafia, czy będzie uregulowana, czy nie – wszystko to zależy od polityki. W efekcie zaczyna odpowiadać na potrzeby polityczne. Równocześnie im silniejsza staje się technologia, tym bardziej stara się tak kreować ekosystem polityczny, by wzmacniać swoją pozycję. Widzimy to dzisiaj bardzo wyraźnie na przykładzie Stanów Zjednoczonych i relacji Doliny Krzemowej z Donaldem Trumpem, czyli związków świata technologii ze światem polityki, coraz bardziej przypominających sojusz tronu i ołtarza. Czyli wiary i władzy. Inauguracja prezydencka, na którą prezesi big techów wpłacali miliony, spotkania z Trumpem, wspólne zdjęcia i kolacje to nie są tylko gesty. Za nimi idą bardzo twarde (choć często sprzeczne z indywidualnymi poglądami) decyzje szefów firm technologicznych, by wspierać konkretnych polityków i ich agendy. Wiedzą oni bowiem, że w zamian dostaną silne polityczne wsparcie. Tworzy się więc bardzo pragmatyczna relacja, w której i jedni, i drudzy muszą się trochę ugiąć. Wizerunkowo bardziej uginają się przedstawiciele technologii, ale myślę, że długofalowo bardziej ugną się jednak politycy, a w konsekwencji nastąpi uzależnienie rządów USA czy innych państw od rządów gigantów technologicznych.

Zobaczmy, jaka jest sytuacja w Polsce. Google zapowiedział, że zainwestuje 5 mln dolarów w polskie innowacje, co jest kwotą śmiesznie małą. Ten gigant samego podatku CIT płaci nam zaledwie 50 mln dolarów. Jaka twoim zdaniem powinna być ta suma?

Adekwatna do tego, ile te platformy zarabiają w Polsce. Płacenie podatków jest po prostu częścią bycia w pewnej umowie społecznej. Przypomnę, że te firmy nie płacą większych danin, ponieważ nie zostały one na nie nałożone przez państwo.

No właśnie, czy sytuacja się zmieni? Bo ostatnio polski rząd zapowiadał opodatkowanie gigantów technologicznych, mimo sprzeciwu USA.

Za późno. Przeoczyliśmy w Polsce dobre okienko na ten podatek, które było za czasów prezydentury Joe Bidena. Wtedy wiele państw Europy, nie tylko Unii Europejskiej, zdecydowało się na wdrożenie mechanizmu podatku cyfrowego. Teraz sytuacja w Polsce jest rzeczywiście utrudniona ze względu na silne relacje z USA i naszą sytuację geopolityczną. To, że przez rozpoczętą przez Rosję wojnę staliśmy się państwem frontowym, bardzo ogranicza nam pole manewru. Korporacje cyfrowe o tym wiedzą i wykorzystują ten stan. W efekcie jesteśmy poddawani pewnego rodzaju szantażowi amerykańsko-bigtechowemu. Być może argumenty, jakie się w nim pojawią – np. podatek cyfrowy oznacza ograniczenie militarnego wsparcia USA – są na wyrost. Tyle że nie wiemy, jak bardzo na wyrost. I nikt nie jest chyba taki odważny, żeby w tego pokera zagrać i sprawdzić, jakie karty ma druga strona.

Yuval Noah Harari ostrzega, że AI może pozbawić nas monopolu na język, na tworzenie opo- wieści. A język to fundament cywilizacji. Czy w związku z tym algorytm jest nie tylko w stanie naśladować, ale też realnie zastąpić proces twórczy? Wyczyścić nam kulturę, spłaszczyć ją, zawłaszczyć?

Najbardziej obawiam tego, że zaczniemy dostawać tak doskonale generowane wytwory markujące sztukę, tak świetnie do nas dopasowane, idealnie odpowiadające naszym wymogom, że utracimy zdolność rozumienia samej potrzeby sztuki. Naturą jej nie jest przecież przypochlebianie się odbiorcy na każdym kroku. Ona nas zaskakuje, wkurza, obrzydza, oburza, przez nią czujemy się często gorzej, ona nas zmusza do myślenia, do pewnej niezgody. Zadaniem sztuki jest wzbudzanie w odbiorcy takich emocji, które pchną go do lepszego zrozumienia i siebie, i świata, i innych ludzi. Jeżeli zostaniemy zalani zlepkiem za dobrze zrobionych, za miłych, za bardzo dopasowanych do nas rzeczy, możemy niestety zacząć tracić ten zmysł czy potrzebę otaczania się sztuką.

Bestsellerowa ksiażka Sylwii Czubkowskiej <em>Bóg techy. Jak wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem</em>, wyd. Znak Literanova, 2025
Bestsellerowa ksiażka Sylwii Czubkowskiej Bóg techy. Jak wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem, wyd. Znak Literanova, 2025
Pierwszy poziom działania to konieczność oznaczania treści AI. My musimy wiedzieć, czy coś jest human made, czy AI made. Jeżeli powstało z użyciem AI, to w jakim zakresie. Część ludzi podejmowała będzie decyzję już na podstawie tej informacji. Odpowiedzialność za te oznaczenia leżeć powinna po stronie platform cyfrowych.
Sylwia Czubkowska

Umiejętność mylenia się może? 

Nawet nie tyle mylenia się. My możemy przestać zadawać sobie pytania, mieć wątpliwości, które powstają w efekcie obcowania ze sztuką. Bardzo mocno to odczułam, gdy kilka miesięcy temu nastąpił zalew wytworów generowanych na bazie grafik studia Ghibli i filmów Hayao Miyazakiego. Bolało mnie to osobiście, bo jestem ich wielką fanką, więc kiedy pojawiły się grafiki generowane przez AI na ich wzór, miałam poczucie, że te emocje, refleksje, które wywoływało oglądanie oryginalnych produkcji, zostaje nam właśnie odbierane. Nie tylko mi, ale też przyszłym i obecnym pokoleniom, które w zalewie ghiblipodobnych produktów utracą szansę na prawdziwe emocje, jakie dawała ta sztuka. Że to wszystko się rozpłynie i rozdrobni w masie generatywnej AI. 

Nie będzie też czekania na premiery, czekania na jakieś zaskoczenia. Dreszczyku ekscytacji. 

Tak, ponieważ to wszystko będzie za łatwo dostępne. Ta demokratyzacja w dostępie do kultury niestety nie jest demokratyzacją, tylko ochlokracją, rządami motłochu, który widzimy w zalewie AI slopów, czyli dosłownie pomyj. 

Wracając do Grega Rutkowskiego, czy uważasz, że część pracy ręcznej, tej twórczej, przejmą niedługo algorytmy, a rola prawdziwego artysty przesunie się bardziej w stronę kuratora, selekcjonera, performera? 

To się, oczywiście, już dzieje. Jak spojrzymy na prace grafików, to są one po części zautomaty- zowane. I ta automatyzacja, i robotyzacja poma- gają im w tworzeniu cyfrowych grafik. Zapewne w przypadku kultury wizualnej będzie można niektórych twórców, działających za pomocą algorytmów, określać mianem prompterów. Na pewno pojawi się też jakiś proces kuratorstwa wytworów sztucznej inteligencji. Natomiast nie chciałabym, żeby to całkiem zastąpiło pracę artysty, i raczej tego nie przewiduję. 

A co twoim zdaniem powinna zrobić instytucja kultury, do której trafiają dzieła generowane przez AI? Traktować je na równi z innymi me- diami, a może uznać, że jest to tylko zjawisko technologiczno-społeczne, a nie sztuka? 

2–3 lata temu był taki trend: wystawa dzieł tworzonych w AI, pojawiły się nawet wygenerowane w promptach okładki książek. Dzisiaj coraz silniejsza jest niezgoda na takie działania i przekonanie, że nie są to dzieła analogiczne do twórczości ludzkiej. Jak się pojawiają tego typu wytwory, to ludzie się oburzają.
Cały czas mówię „wytwory”, nawiązując do świetnej książki Olgi Drendy, Wyroby. Pomysłowość wokół nas, w której pisała o wytworach pracy fizycznej, o marzeniu bycia arty- stą, zagospodarowywaniu naszego otoczenia, polskiej innowacyjności, przez niektórych uważanej za kicz. Czyli o projektach typu łabędzie z opon czy dewocjonalia w ogródkach. To, co my teraz dostajemy, też jest takimi wytworami. Wynikającymi po części z potrzeby, by każdy mógł szybko i łatwo stworzyć sobie własne dzieło sztuki. Jednak równocześnie narasta niezgoda na to, by wytwory AI umieszczać w kategorii sztuki. I ta niezgoda jest bardzo ciekawym zjawiskiem, pokazującym, że choćby podświadomie potrzebujemy sztuki, która nie będzie tylko AI sykofantem przytakującym naszym gustom. 

A co będzie, jeżeli sami odbiorcy będą chcieli takich dzieł? 

Odbiorcy już chcą takich dzieł, właśnie dlatego, że one ze swojej natury dążą do przypodobywania się im. Duże modele językowe są tak trenowane, żeby zadowalać promptującego, dawać odpowiedzi, które będą nie tylko szybkie i łatwe, ale także pochlebne, odpowiadające potrzebom. Jednak, jak mówiłam, w ludziach budzi się niezgoda na to, by wytwory te traktować na równi z dziełami ludzkimi. I to jest bardzo ważne zjawisko, które pokazuje, jak istotne są rozwiązania systemowe. 

Na pewno pierwszy poziom działania to konieczność oznaczania treści AI. My musimy wiedzieć, czy coś jest human made, czy AI made. Jeżeli powstało z użyciem AI, to w jakim zakresie. Część ludzi podejmowała będzie decyzję już na podstawie tej informacji. Odpowiedzialność za te oznaczenia leżeć powinna po stronie platform cyfrowych. Co więcej, nie powinno się pozwalać im na celowo algorytmiczne podbijanie zasięgów treści generowanych przez AI. Ponadto trzeba też transparentnie mówić o zarobkach osób stojących za tymi treściami. Pytanie brzmi, czy naprawdę ci kuratorzy czy twórcy, którzy generują AI slopy, czyli te niskiej jakości treści, powinni zarabiać na takich samych zasadach, co ludzie dostarczający swoje utwory? 

Częstym zarzutem wobec Spotify’a, Netflixa czy w ogóle platform jest to, że one zwalczają kultury narodowe. Uważasz, że powstanie platform publicznych, które promują polskich twórców, miałoby tutaj uzasadnienie? 

W pewnym sensie takie platformy już są, bo przecież mamy media publiczne. Co więcej, są wymogi dyrektywy audiowizualnej w Europie, zgodnie z którymi co najmniej 30% treści na platformach streamingowych musi być treściami lokalnymi. Platformy to wypełniają, bo po co im kary? Dzięki tej dyrektywie jest dużo zamówień na filmy, seriale, muzyka polskich twórców jest w radiu i na Spotify. To prawo, które wymusza na dostawcach pewne rozwiązania i które, jak widać, działa. Możemy oczywiście dyskutować, czy to jest faktycznie taka kultura i sztuka, której byśmy chcieli, bo jest ona jednak podporządkowana zasadom streamingów, budowania odpowiednich zasięgów, poddana algorytmom, ale fakt faktem lokalne, europejskie utwory są obecnie dostępne dla odbiorców. 

Widać ponadto, że tworzenie odpowiedzialnego otoczenia, budżetów wpierających twórców jest skuteczne. Przykład? Budżet Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej składa się z opłat audiowizualnych od nadawców, w tym także platform streamingowych, choć straszyły one, że przez ten obowiązek wzrosną ceny abonamentów. Mimo to PISF działa, a abonamenty nie podrożały z powodu opłaty. Teraz zapewne przyjdzie nam rozważyć kolejne kroki w kierunku wzmacniania pozycji twórców w zderzeniu z korporacjami tworzącymi AI. Być może także pod kątem opłat za korzystanie z utworów do trenowania modeli. Nie ma co się oszukiwać – opiekuńczość państwowa na tym polu będzie niezbędna. 

Jaki będzie status sztuki wobec zagrożeń związanych z rozwojem AI? 

Ludzka sztuka może zdrożeć. Mam na myśli nie tylko koszt finansowy, ale głównie to, że będzie cenniejsza z powodu czasu, jaki będziemy musieli na nią poświecić. Rewolucja technologiczna powoduje, że tanieją procesy produkcyjne, a my, aby spędzić czas z prawdziwą, ludzką sztuką, skonfrontować się z nią, przemyśleć ją, będziemy musieli poświęcić czas i chęci, co z kolei podniesie nasze koszty. W świecie, w którym tak wiele dostajemy on demand, czyli na życzenie, sztuka będzie wymagała sporo wysiłku.am