Czytanie:14 minut Data:18 maj 2026Tekst:Anna Gromnicka

Stawiszyński: Soft power? Altruizm!

Żeby móc działać jako społeczeństwo, warto najpierw zdiagnozować, w jakim momencie się znajdujemy i jakie są nasze najbardziej palące problemy. Sytuacja na świecie coraz bardziej się zagęszcza, a my coraz bardziej odczuwamy dojmującą pustkę. Pandemia obnażyła brutalną prawdę – system nie jest nastawiony na troskę o słabszych – mówi filozof i eseista Tomasz Stawiszyński, autor m.in. Powrotu fatum.

Tomasz Stawiszyński, zdj.: Karolina Golis
Tomasz Stawiszyński, zdj.: Karolina Golis
ANNA GROMNICKA
Jak diagnozujesz współczesną bezradność człowieka wobec losu? Co się na nią składa?
TOMASZ STAWISZYŃSKI
To ciekawe, że mówisz o losie, bo pierwotnie moja książka miała się koncentrować właśnie na tym pojęciu. Odnoszę wrażenie, że ze współczesnego języka to słowo niemal zniknęło. Mówimy dziś o życiowych projektach, programowaniu kariery, konieczności wiary w siebie i dążenia do celu, a nie o losie, czyli o tym, co wymyka się naszej kontroli, co nam się przydarza. Jednocześnie rośnie popularność koncepcji, które obiecują oswojenie tego, co nieznane, uczynienie przewidywalnym tego, co nieprzewidywalne. Te idee nawiązują do tradycyjnego rozumienia losu jako czegoś poza naszą kontrolą. Współczesny człowiek coraz mniej czuje się sprawcą własnego życia, zwłaszcza w zachodnich społeczeństwach. Zjawisko to nasiliło się po kryzysie finansowym i jego długofalowych skutkach.
AG:
Masz na myśli kryzys finansowy z lat 2008–2010?
TS:
Tak, ale jego konsekwencje wciąż trwają. W popkulturze dostrzec można było zwiastuny tej zmiany – na przykład w popularności postaci takich jak Frank Underwood z „House of Cards”. Był on skrajnie cyniczny, lecz skuteczny, co budziło podziw. Serial świetnie diagnozował nastroje społeczne: w świecie, gdzie coraz mniej rzeczy wydaje się podlegać naszej kontroli, podziwiamy tych, którzy potrafią ją zachować. Osobowości psychopatyczne i narcystyczne także dlatego budzą fascynację – że wydają się skuteczne. W mojej książce „Powrót fatum” analizuję czynniki, które sprawiają, że świat staje się coraz bardziej nieprzewidywalny i... mroczny. Po pierwsze, mamy do czynienia z rosnącą niestabilnością polityczną. Od pandemii, przez wojnę w Ukrainie, konflikt na Bliskim Wschodzie, aż po efekty działania administracji Trumpa – rzeczywistość polityczna stała się trudna do przewidzenia. Rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały się abstrakcją, stały się codziennością. Społeczeństwa są coraz bardziej podzielone. Ludzie żyją w swoich bańkach informacyjnych, przekonani, że wszyscy myślą podobnie, aż nagle okazuje się, że znaczna część społeczeństwa ma zupełnie inne poglądy – i nie wiadomo, jak na to zareagować.
AG:
Mówisz o polaryzacji i rosnącym radykalizmie politycznym?
TS:
Tak, to jeden z czynników. Drugi to rozwój technologii. Technologia coraz silniej wpływa na nasze życie, a jednocześnie staje się coraz bardziej niezrozumiała – nawet dla jej twórców. Widzimy to choćby w rozwoju modeli językowych i sztucznej inteligencji, których mechanizmów działania nie da się w pełni przewidzieć. Trzeci czynnik to rozpad wspólnego świata. Przekonania, że choć możemy się różnić w opiniach czy poglądach, to rzeczywistość jest jedna i na rozmaite sposoby daje się do niej dotrzeć. To jest w ogromnym stopniu kwestia zaufania, a nie tylko dobrej edukacji. Dawniej ludzie znajdowali sens i przynależność w ramach religii czy innych spójnych opowieści o świecie. Dziś nie tylko się ze sobą nie zgadzamy, ale zaczynamy żyć w osobnych światach, które się ze sobą w ogóle nie stykają. W efekcie pojawia się ten współczesny fatalizm – poczucie, że podlegamy niezrozumiałym, bezdusznym siłom, które nie dbają o nas, nie interesują się naszym losem, a zarazem decydują o nim w coraz większym stopniu.
AG:
W „Powrocie fatum” wspominasz o pustce po religii i nauce, którą wypełniają magia, astrologia i teorie antynaukowe. Czy zgodziłbyś się z Anne Applebaum, że te idee stanowią pożywkę dla populizmu, szczególnie tego po prawej stronie sceny politycznej?
TS:
Tak i nie. Z jednej strony populistyczni politycy rzeczywiście wykorzystują te tendencje. Teorie spiskowe o tajnych stowarzyszeniach i elitach rządzących światem są chętnie używane przez część prawicy. Ale problem jest szerszy. Wydaje mi się, że wzrost popularności populizmu wynika w dużej mierze z kryzysu liberalno-lewicowej opcji politycznej. Elity liberalne często wydają się oderwane od doświadczeń codziennych ludzi. Tworzą politykę w oparciu o ideologiczne przekonania, żyjąc jednocześnie w całkowicie odmiennych niż ich wyborcy realiach – w środowisku międzynarodowym, kosmopolitycznym, pomiędzy różnymi krajami, w enklawach, z prywatnymi ochroniarzami i rezydencjami. Nie doświadczają problemów, które dotykają zwykłych obywateli, takich jak konflikty na tle migracji, wzrost przestępczości czy pogłębiające się nierówności. A zarazem kształtują rzeczywistość. To właśnie ten rozziew, zdiagnozowany już na początku lat 90. przez Christophera Lascha w książce „Bunt elit”, przyczynia się do zmiany politycznych układów sił. Lasch przewidywał, że porządek liberalno-demokratyczny nie jest trwały, a podział między elitami a resztą społeczeństwa będzie się pogłębiał. Obie strony – zarówno prawica, jak i liberałowie – umiejętnie grają na społecznych lękach i poczuciu zagubienia. I warto zauważyć, że również strona liberalna ma swoje teorie spiskowe. Narracje o złowrogich manipulacjach i ukrytych mechanizmach działają po obu stronach politycznego spektrum.
Dawniej ludzie znajdowali sens i przynależność w ramach religii czy innych spójnych opowieści o świecie. Dziś nie tylko się ze sobą nie zgadzamy, ale zaczynamy żyć w osobnych światach, które się ze sobą w ogóle nie stykają. W efekcie pojawia się ten współczesny fatalizm – poczucie, że podlegamy niezrozumiałym, bezdusznym siłom, które nie dbają o nas, nie interesują się naszym losem, a zarazem decydują o nim w coraz większym stopniu.
Tomasz Stawiszyński
AG:
Neoliberalizm się wypalił, poszukuje się nowych formuł dla społeczeństwa przyszłości, obejmujących kwestie społeczne i kulturowe. Jakie zmiany nas teraz czekają?
TS:
Możliwe, że wkrótce koniunktura się odwróci. Nie jestem pewien, czy w kolejnych wyborach PiS nie powróci do władzy. Obecnie mamy do czynienia z projektem, który w dużej mierze opiera się na narracji odwetowej. Znaczna część energii politycznej koncentruje się na rozliczeniach, karaniu i osadzaniu w areszcie przedstawicieli poprzedniej władzy. To zaspokaja emocje najbardziej radykalnego skrzydła proplatformerskiego, skupionego wokół ruchów takich jak Silni Razem czy Obywatele RP. Liberalny publicysta Fareed Zakaria po zwycięstwie Trumpa wskazał trzy kluczowe przyczyny porażki Demokratów. Jedną z nich było skupienie się na politykach tożsamościowych zamiast na realnych problemach społecznych. Drugim powodem, który podkreślał, była presja na osadzenie Trumpa w więzieniu, co na dłuższą metę przyniosło odwrotny skutek. Ludzie zaczęli go postrzegać jako ofiarę politycznych prześladowań. Chcą go skazać, a on mówi rzeczy, które do nas trafiają – może faktycznie jest dla nich groźny? – myśleli wyborcy.
Jeżeli nie pojawi się pomysł na to, jak odpowiedzieć na współczesne wyzwania – poczucie niezrozumienia, zagrożenia i nieprzewidywalności – PiS może wygrać kolejne wybory. W sytuacji, gdy główną aktywnością polityczną rządu pozostanie rozliczanie poprzedników, partia Jarosława Kaczyńskiego znowu może zdobyć przewagę. Siła przekazu PiS-u, zwłaszcza na początku – niezależnie od afer i korupcji – polegała na budowaniu poczucia wspólnoty i podmiotowości, nawet jeśli czasami była to podmiotowość nadmiernie pewna siebie. To odróżniało ich narrację od czysto odwetowej polityki. Być może z powodu nadmiernego przesunięcia się w stronę wojny totalnej z Koalicją Obywatelską i Tuskiem ostatecznie przegrali w 2023 r. Moim zdaniem, gdyby skupili się na przekazie konstruktywnym, rządziliby nadal. Pytanie, czy aktualna ekipa jest w stanie wyciągnąć z tego wszystkiego wnioski.
AG:
Odejdźmy na chwilę od polityki. W twojej książce piszesz o tym, że pojęcie fatum powraca w kontekście społecznym, bo jako ludzie jesteśmy coraz bardziej uwikłani między determinizmem a wolną wolą. Dlaczego fatum powróciło?
TS:
Ma to, moim zdaniem, związek z tym, o czym już trochę mówiliśmy, czyli wzrostem poczucia nieprzewidywalności i niepewności ekonomicznej czy politycznej, ale także, paradoksalnie, ekspansją nauki czy racjonalizmu. A także kryzysem chrześcijaństwa, które przez wieki stanowiło podstawę naszego myślenia o świecie i dawało odpowiedzi na pytania, doświadczenia graniczne. Śmierć, miłość, cierpienie, przemijanie... Wydaje mi się, że mówimy tu o fundamentalnych obrazach rzeczywistości. W książce piszę o trzech takich głównych obrazach, które dziś ze sobą konkurują: naukowym, ezoterycznym i chrześcijańskim. Nauka od czasów oświecenia dostarcza nam głównego obrazu świata i jej wpływ systema- tycznie rośnie. Z fizyki czy biologii wyłania się obraz rzeczywistości jako dzieła przypadku, uniwersum, w którym rządzą prawa fizyki i ewolucji, bez żadnego wyższego, nadrzędnego sensu i celu. Geny się tasują, życie jest przygodne, niekonieczne. Z drugiej strony mamy determinację – genetyczny program oraz okoliczności, w których przychodzimy na świat. Ludzki los jest więc wypadkową tego, co konieczne i przypadkowe. Wolność jednostki jest w tej układance marginalna. Do pewnego stopnia ta wizja przypomina światopogląd z okresu późnej starożytności. Bogowie za bardzo nie interesują się ludźmi, człowiek to nieznaczący element kosmosu, fatum jest wszechobecne i bezwzględne. Wówczas to chrześcijaństwo przyniosło zupełnie nową wizję świata i człowieka. Życie przestało być polem, na którym bogowie prowadzą swoje gry, a stało się przestrzenią głęboko powiązaną z fundamentalnym źródłem istnienia. Chrześcijaństwo wniosło ideę dobra, wolności i miłości, niepowtarzalności jednostki, nadało sens działaniu, rozwojowi i pomocy innym. Ale zarazem to działanie było podporządkowane wartościom – trosce o słabszych, imperatywowi ofiary, a nie logice siły, akumulacji i przewagi. Dziś zanikanie chrześcijaństwa i zastępowanie jego narracji scjentyzmem, ezoteryzmem lub politycznym aktywizmem prowadzi właśnie do tego nowego-starego fatum. Przy czym ten proces brutalizacji świata i polityki – bo to są także istotne składowe fatalizmu, o którym mówimy – jest stopniowy. Nie dzieje się to nagle. Zanik chrześcijaństwa nie oznacza natychmiastowej zmiany, ale stopniowe przesunięcie wartości. Przykładowo, Trump przekierowuje narrację polityczną w stronę ofensywnego egoizmu: My jesteśmy wielcy i silni, dbamy tylko o siebie. Jeśli nam zapłacicie, będziemy rozmawiać. Oczywiście polityka zawsze była brutalna, ale dawniej istniały jakieś hamulce, przynajmniej na poziomie retorycznym odwoływano się do wartości innych niż siła i zysk. Nie oznacza to, że nadchodzi apokalipsa, ale sprawia, że rzeczywistość staje się coraz bardziej brutalna, podzielona niemal bez reszty na potężnych i bezsilnych. Chrześcijaństwo oferowało opowieść, w której zawsze istniała droga wyjścia, nawet z najgorszej sytuacji. Nakazywało przekraczanie egoizmu, nie zaś jego apoteozę.
AG:
Stawiasz tezę, że wartości chrześcijańskie mogą być pewnym remedium na współczesne problemy. Dlaczego tak uważasz? Kto dziś potrzebuje religii?
TS:
Nie twierdzę, że to niezawodne lekarstwo, ale zauważam, że wraz z brutalizacją świata będzie następował stopniowy powrót do chrześcijaństwa. Po prostu rozmaite obietnice, które słyszymy zewsząd, okazują się bez pokrycia. Nauka obiecywała nieśmiertelność, ezoteryzm obiecywał duchowe oczyszczenie – tymczasem czujemy się coraz bardziej bezradni i zależni. Można chodzić na ustawienia Hellingerowskie tysiące razy, a i tak pozostaje się uwikłanym w kolejne „klątwy” do odczynienia, stąd potrzeba kolejnych seansów, sesji, rytuałów, warsztatów. I tak w koło. Tymczasem chrześcijaństwo od dwóch tysięcy lat specjalizuje się w sprawach fundamentalnych – śmierci, cierpieniu, winie, odkupieniu, odpowiedzialności, nadziei i miłości. To potężny zasób symboliczny, filozoficzny i społeczny, który nadal wpływa na naszą kulturę, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nazwijmy to, metafizyczny ciężar gatunkowy tej religii, jej zdolność wspólnototwórcza, głębia, zgromadzona przez pokolenia życiowa mądrość – wszystko to wydaje mi się bez precedensu. Odwracamy się dziś od tego, słusznie oburzeni skandalami wokół chrześcijańskich instytucji, ale zarazem odcinamy sobie dostęp do prawdziwego skarbca. No ale, powtórzę, zaczyna się to powoli odwracać. Instytucje muszą się jednak zreformować, nie ma wyjścia.
Potrzebujemy głębszej zmiany, by przesunąć społeczny barometr w stronę wspólnoty, współczucia i altruizmu. Obecnie tendencja wydaje się zmierzać w stronę egoizmu i bruta- lizmu. Aby to odwrócić, nie wystarczy prosta kalkulacja moralna.
Tomasz Stawiszyński
AG:
Czy nie ulegliśmy narracji, że po drugiej stronie nic już nie ma, prócz czarnej dziury, jak pisał Julian Tuwim?
TS:
Czyli przekonaniu, że poza racjonalnym światem nauki i polityki nie ma nic wartościowego. Ale co, jeśli to nieprawda? I jeśli chrześcijaństwo nie było idealne, to czy jego wartości należy całkowicie odrzucić?
Autorzy tacy jak Mircea Eliade, Carl Jung, Leszek Kołakowski czy René Girard wskazują, że sacrum nigdy nie ginie. Religia jest nie tylko ekspresją ludzkiej duchowości, ale także odpowiedzią na fundamentalne potrzeby. Jeśli jej nie uwzględnimy, istnieje ryzyko, że pustkę wypełnią inne, mniej przewidywalne i bardziej destrukcyjne siły. Innymi słowy, jeśli wymontujemy religię z kultury, zaczniemy czcić to, co świeckie. Jak to ujmuje Girard: walka rozumu z religią pociąga za sobą walkę religii z rozumem.
Chrześcijaństwo przez wieki kształtowało kulturę i etykę. Jego zanik, wycofywanie się, utrata znaczenia, ma siłą rzeczy bardzo rozległe konsekwencje. Także związane ze wspomnianym powyżej procesem – zaburzeniem, by tak rzec, proporcji pomiędzy sacrum a profanum. Wyraźnie to dziś widzimy w radykalnym ekologizmie, który przyjmuje iście religijną postać – z oczekiwaniem na apokalipsę i wzywaniem do ascezy – albo w politykach tożsamościowych. Z kolei tacy autorzy jak Tom Holland i Paul Kingsnorth pokazują, jak chrześcijaństwo może dziś stanowić przeciwwagę dla bezdusznej, zmechanizowanej kultury.
AG:
Czy wobec takich wyzwań jak katastrofa klimatyczna, potrzeba pomocy wykluczonym czy walka z konsumpcjonizmem możemy wykształcić nowe kompetencje społeczne – nowe wartości humanistyczne czerpiące z chrześcijaństwa? Pojawiło się w twojej książce i wystąpieniach pojęcie efektywnego altruizmu. Jak ono odnosi się do świata, w którym żyjemy?
TS:
Efektywny altruizm to pojęcie wprowadzone przez australijskiego etyka Petera Singera, konsekwencjalisty przekonanego, że wartości moralne wynikają z oceny skutków działania, a nie z intencji czy ogólnych pojęć dobra i zła. Singer rozwinął ideę, że mamy moralny obowiązek pomagać tym, którzy znajdują się w gorszym położeniu niż my. W ten sposób powstał zinstytucjonalizowany ruch i sieć organizacji, do których można się zapisać, zobowiązując się do przeznaczania części dochodu na cele charytatywne. Organizacje te posiadają certyfikaty potwierdzające ich odpowiedzialność i skuteczność. Singer sam nie identyfikuje się z chrześcijaństwem, ale idea pomagania słabszym i biedniejszym pojawiła się w kulturze właśnie wraz z chrześcijaństwem. To rodzaj mechanizmu społecznego, jednak uważam, że potrzeba czegoś więcej niż ta konsekwencjalistyczna etyczna arytmetyka.
AG:
Co jest więc konieczne, aby zmienić społeczną wrażliwość?
TS:
Potrzebujemy głębszej zmiany, by przesunąć społeczny barometr w stronę wspólnoty, współczucia i altruizmu. Obecnie tendencja wydaje się zmierzać w stronę egoizmu i brutalizmu. Aby to odwrócić, nie wystarczy prosta kalkulacja moralna. Papież Franciszek w najnowszej encyklice „Dilexit nos” zwraca uwagę na bezduszność współczesnego świata oraz na to, że zanika odruch serca, którego nie da się skwantyfikować, wpisać w ekonomiczne czy w ogóle pragmatyczne kategorie. Kluczowe jest wyjście poza logikę egoizmu – nie kierowanie się własnym interesem, ale ofiarą na rzecz innych. To, moim zdaniem, jest kwintesencją chrześcijaństwa.
AG:
Kto powinien odpowiadać za wdrażanie tych zasad? Państwo, instytucje czy jednostka?
TS:
To bardzo trudne pytanie i nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Politycy oraz instytucje odgrywają kluczową rolę w zmianach społecznych, jednak współczesna polityka znajduje się na antypodach takiego myślenia. Dziś to obszar brutalnej walki propagandowej, w której liczą się władza, prestiż i pieniądze. Poziom manipulacji i agresji w mediach społecznościowych jest ogromny. To sfera, w której dominują pokusy wiodące wprost na zatracenie, a jednocześnie właśnie ta sfera ma największy wpływ na rzeczywistość.
Żyjemy w rzeczywistości, w której siły dominacji i egoizmu są niezwykle potężne. Brakuje społecznych punktów zaczepienia dla innej narracji. Pandemia obnażyła brutalną prawdę – system nie jest nastawiony na troskę o słabszych. Ale dlaczego mielibyśmy się o nich troszczyć? Skąd wziąć moralne umocowanie dla altruizmu? To nie kwestia wiary w Boga, lecz wyboru opowieści, poprzez którą chcemy widzieć świat.
Tomasz Stawiszyński
AG:
Czyli jesteśmy w kluczowym momencie historii. Pytanie brzmi: w którą stronę przesunie się moralne wahadło społeczeństwa? Czy zwróci się ku altruizmowi i wartościom duchowym, czy też pozostaniemy w logice handlu, konsumpcji i egoizmu?
TS:
W książce nawiązuję do myśli wspominanego już René Girarda, który pisał o chrześcijaństwie jako religii demontującej struktury zbiorowej przemocy. W książce „Apokalipsa tu i teraz” wskazuje, że chrześcijaństwo obnażyło przemoc jako fundament kultury. Wcześniej ludzie nie dostrzegali mechanizmów przemocy, na których opierały się społeczności. Ewangelie rozbijają ten system i ukazują troskę o ofiary jako kluczową wartość. To jedyny sposób na przerwanie cyklu przemocy. Niestety, ta prawda jest nieustannie odrzucana, ponieważ ludzie wciąż uznają inne siły za bardziej atrakcyjne. Girard uważał, że odrzucenie tej wizji może doprowadzić do globalnej katastrofy, być może nawet wojny nuklearnej. W Apokalipsie św. Jana mamy przecież swoistą diagnozę procesu historycznego, który prowadzi do odrzucenia chrześcijaństwa i jego wartości.
AG:
Słowa Jezusa „Królestwo moje nie jest z tego świata” zdają się potwierdzać ten pogląd.
TS:
Dokładnie.
AG:
Chciałam zakończyć naszą rozmowę bardziej optymistycznym wnioskiem – że empatia, altruizm i wartości prospołeczne, wywodzące się z chrześcijaństwa, mogą stać się naszą soft power, zarówno w świecie społecznym, jak i w kulturze.
TS:
To pytanie o wybór wizji świata. Żyjemy w rzeczywistości, w której siły dominacji i egoizmu są niezwykle potężne. Brakuje społecznych punktów zaczepienia dla innej narracji. Pandemia obnażyła brutalną prawdę – system nie jest nastawiony na troskę o słabszych. Ale dlaczego mielibyśmy się o nich troszczyć? Skąd wziąć moralne umocowanie dla altruizmu? To nie kwestia wiary w Boga, lecz wyboru opowieści, poprzez którą chcemy widzieć świat. Moim zdaniem to właśnie najważniejsze pytanie, przed którym dziś stoimy.

Rozmowa ukazała się w 28 numerze magazynu ART MONITOR. Wydanie elektroniczne do kupienia na stronie artmonitor.bigcartel.com