Czytanie:4 minuty
Data:09 maj 2026 Tekst:Sebastian Kustra
Wspomnienie Teresy Pągowskiej
Była skryta, ale silna. Osobna, ale i ciekawa reakcji na swoje obrazy. Będąc osobą wrażliwą, malowała intensywnie i sugestywnie. Zostawiła po sobie dorobek, który właśnie przeżywa kolejną młodość. Z Filipem Pągowskim, synem malarki Teresy Pągowskiej i plakacisty Henryka Tomaszewskiego, wspominamy czasy, w których Teresa Pągowska tworzyła i zmagała się z byciem malarką – kobietą w męskim świecie sztuki.
SEBASTIAN KUSTRA:
Przeczytałem gdzieś takie zdanie, które wypowiedziała Teresa Pągowska: „Uczę się przy każdym obrazie. Każdy staram się zaczynać tak, jakbym nic nie wiedziała o malarstwie. Jakby było dla mnie zupełną zagadką”. Mam wrażenie, że te słowa rezonują jeszcze mocniej w czasach, kiedy artyści malują tak, jakby o sztuce wiedzieli wszystko. Jak dziś rozumiesz słowa swojej mamy?
FILIP PĄGOWSKI:
Myślę, że w tym komentarzu chodziło jej o to, że nie ma miejsca na rutynę. Ale jest to jednocześnie męka dla artysty, bo w takim stanie człowiek może się czuć, jakby wszystkiego zapomniał. Natomiast poprzez walkę z materią, chyba nawet bardziej psychiczną, niż fizyczną, powstają często najciekawsze rzeczy. Każdy obraz to jest nowa mobilizacja. Artysta nie czuje się komfortowo, bo nie wie, co będzie robił i jaki będzie tego efekt. To jest zagadka również dla niego samego. Człowiek chciałby, żeby podczas pracy niektóre rzeczy przychodziły jakby „z samego myślenia”, a musi nastąpić to zmaganie, a czasem wręcz męka. Tworzenie to nie jest czysta przyjemność.
SK:
Jakie masz wspomnienia dotyczące jej obrazów?
FP:
Moje wspomnienia sięgają nawet lat 60. XX w., od najmłodszych lat byłem przecież świadkiem jej malowania. Zostały mi w głowie jakieś fragmenty, dziwne postacie. Sam zresztą dużo rysowałem jako dziecko, ale to była bardziej chęć odtworzenia rzeczywistości, sprawdzianu, że się coś umie. Moja mama nie musiała się w ten sposób sprawdzać, a to, co tworzyła, dla mnie było wtedy bardzo intrygujące. W latach 70., kiedy byłem już nastolatkiem świadomie zainteresowanym sztuką, w domu sporo o niej rozmawialiśmy. Mama tworzyła w samotności, ale gdy np. dany obraz był gotowy w 95. procentach, to czasem była ciekawa mojej i ojca reakcji. Dla mnie to było fajne, bo czułem, że mi ufa.
Pamiętam, że gdy miałem siedem lat, rodzice zabrali mnie w podróż po Europie. W Wiedniu odwiedziliśmy niesamowite zbiory w Kunsthistorisches Museum. W głowie konfrontowałem realistyczne, historyczne czy religijne motywy widziane na ścianach muzeum z tym, co tworzyła mama. Wtedy zrozumiałem ideę współczesności czy nowoczesności w sztuce.
Mama tworzyła w samotności, ale gdy np. dany obraz był gotowy w 95. procentach, to czasem była ciekawa mojej i ojca reakcji. Dla mnie to było fajne, bo czułem, że mi ufa.
SK:
Słynna wystawa Fifteen Polish Painters w 1961 r. w Museum of Modern Art w Nowym Jorku była jakimś wydarzeniem granicznym w kontekście postrzegania malarstwa mamy?
FP:
Dla mnie wtedy jeszcze nie, bo miałem tylko trzy lata. Ale generalnie zaistnienie jej malarstwa poza Polską – jak najbardziej. W 1965 r. pojechaliśmy do Szwajcarii, gdzie znajdowała się już od roku reprezentująca ją galeria, z którą mama współpracowała kolejne 20 lat. Gdy miałem 11 lat znów pojechaliśmy w podróż po Europie, pretekstem była następna wystawa mojej mamy w tej galerii. To było dla mnie bardzo ciekawe zobaczyć, że jej sztuka funkcjonuje poza Polską w innych kontekstach.
SK:
Malarstwo Teresy Pągowskiej określane jest jako przemyślana osobność.
FP:
Całe życie zmagała się z tym, że jest artystką-kobietą. To były inne czasy i mogła się wydawać zagrożeniem dla mężczyzn ze świata sztuki, bo jej malarstwo było przecież mocne, zdecydowane, intensywne. Teraz to widzę, że mógł ją dotykać np. zdarzający się czasem brak recenzji po wystawie. Dziś na sztukę kobiet patrzymy bardzo poważnie, wtedy nie była to taka oczywista sprawa. A pomimo tego, swoim uporem i siłą, była w stanie w tej komunistycznej Polsce swoją pozycję – nie narzekając – wywalczyć, będąc przy tym osobą dość nieśmiałą.
2006, czyli ostatni rok jej życia, był pod kątem malowania bardzo dla niej owocny. Malowała wtedy sporo i bardzo ciekawie, czuło się jej radość w tym okresie. Odeszła rok później, zdecydowanie za szybko, bo mentalnie i kreatywnie miała, w moim odczuciu, jeszcze wiele do powiedzenia. Byłem z nią bardzo związany i – kiedy to się stało – bardzo zraniony tą brutalnością losu. Często rozmawialiśmy przez telefon i naprawdę czułem, że jest w świetniej formie, w jakiej od dawna nie była. Ale nagle umarła. Ta siła, którą w sobie miała, została w jej obrazach.
Często rozmawialiśmy przez telefon i naprawdę czułem, że jest w świetniej formie, w jakiej od dawna nie była. Ale nagle umarła. Ta siła, którą w sobie miała, została w jej obrazach.