Dzień z Pawłem Matyszewskim
Paweł Matyszewski w swoich pracach eksploruje organiczność natury, jej sensualność, ale i przemijanie. Elementy natury przenikają się z wnętrzem ludzkiego ciała, granice zacierają się, wszystko przepływa i pulsuje w układzie jednego organizmu. Matyszewski naturę podgląda nie przez monitor komputera, a podczas codziennego obchodu swojego ogromnego ogrodu znajdującego się we wsi Łękobudy, gdzie spędza każdą wolną chwilę. Na miesiąc przed swoją najnowszą wystawą w warszawskiej Galerii Le Guern opowiada o swoim typowym dniu. Jak wyglądają jego codzienne rytuały, w jaki sposób pracuje, kiedy traci poczucie czasu.
Jeśli mam pod opieką trzy psy rodziców, które zazwyczaj pół tygodnia spędzają u mnie na wsi, to pewnie właśnie odbywamy pierwszy spacer po hektarowym ogrodzie. Przynoszę drewno, rozpalam w kominku. Na szczęcie jest już więcej słońca, a dzięki dużym oknom naturalnie ogrzewa ono wnętrze, więc coraz częściej ta poranna czynność odpada z codziennego rytuału.
Karmię psy, robię śniadanie, jem, ogarniam pracownię po poprzednich działaniach i rozpoczynam pracę.
Kawa, nigdy przed i ze śniadaniem, ma swój oddzielny czas, lubię dopijać ją już zimną. Zaczynam malowanie, zazwyczaj kilku prac jednocześnie, więc pracownia obstawiona jest obrazami, do których podchodzę po kolei. Niektóre podlegają krótszym lub dłuższym przerwom, wówczas lądują w pokoju roboczym, pełnym czystych płócien, narzędzi do obróbki technicznej prac reliefowych i Robotnic [rzeźbiarskiego cyklu ukazującego kobiece piersi w różnych kształtach – przyp. red.]. Wiele tu słoików z barwnikami i kawałkami kredy z pigmentami czekającymi na swoją kolej. Działam też na podwórku, obok nowej szopy, czyli letniej pracowni. Szlifuję Robotnice lub podkłady pod nie. Czasem wykańczam tu kolejne prace z cyklu Refleksje przyrodnicze. Odgłosy maszyny to poważna konkurencja dla klangoru żurawi, który mimo to przebija się przez słuchawki ochronne.
Kawa, nigdy przed i ze śniadaniem, ma swój oddzielny czas, lubię dopijać ją już zimną. Zaczynam malowanie, zazwyczaj kilku prac jednocześnie, więc pracownia obstawiona jest obrazami, do których podchodzę po kolei.
Przerwa na drugie śniadanie, najczęściej to sałatka, której robię za dużo na śniadanie.
Z pracy do pracy. Działam w ogrodzie około godziny dziennie. Wycinam zeschnięte nadziemne części bylin, przycinam drzewa owocowe, podcinam dolne gałęzie brzóz, aby w tym roku dać więcej światła i szansę dolnym drzewom i krzewom, jak sosny, świerki, jałowce czy kosodrzewiny.
Idziemy na spacer do Puszczy Knyszyńskiej, może być krótki lub bardzo długi, zależnie od wybranej trasy. Idę do rezerwatu „Wielki Las” lub jednego z krańców puszczy i do pobliskiej wsi. Las miejscami jest mocno przetrzebiony, a krajobraz zmienia się od dzikiego, wielowarstwowego, o złożonej strukturze flory, po rzędowo posadzone młode drzewa, w monokulturze, a czasem w wersji mieszanej. Zahaczam o miejsce, gdzie wycięto podszyt pod dalszą wycinkę, zabieram leszczynę na grzbiet i wracamy. Leszczyna przyda się jako podpora pod fasolę i dynię, ale też latem i jesienią do podwiązania bylin i dalii.
Początki pracy zawsze dają szybkie, spontaniczne efekty, natomiast im bliżej końca, tym więcej jest decyzji do podjęcia: co zostaje, co pokrywam, a co jeszcze dodaję.
Po spacerze działam w pracowni, patrzę, oceniam, co dziś najlepiej zrobić, poświęcam się dwóm lub więcej pracom na raz, aby w międzyczasie miały możliwość wyschnięcia. Początki pracy zawsze dają szybkie, spontaniczne efekty, natomiast im bliżej końca, tym więcej jest decyzji do podjęcia: co zostaje, co pokrywam, a co jeszcze dodaję.
Staram się iść spać, ale bywa, że gdy bardzo dobrze mi się pracuje, to tracę poczucie czasu. Wówczas, w najgorszym wypadku, kończę malować przed 2:00.
Najchętniej jestem już w łóżku, rozmyślam i nawet nie wiem, kiedy odpływam.