Waliszewska o sprzedaży sztuki
Ile warte jest dziś malarstwo? Tyle, ile zapłaci za nie kolekcjoner na aukcji, czy tyle, ile potrafi zmienić w życiu tego, kto na nie patrzy? Rynek sztuki uczy nas wycen, strategii, podbijania cen, inwestowania w nazwiska. Ale czy sztuka jest towarem jak każdy inny? Czy obraz można traktować jak akcje giełdowe albo luksusowy samochód? I co się dzieje z malarstwem, kiedy coraz mniej mówi o świecie, a coraz bardziej o wartości w katalogu domu aukcyjnego?
Jedna z najbardziej znanych polskich artystek, Aleksandra Waliszewska, nie ma cierpliwości do tych pytań. I wcale nie chce ich zadawać. Maluje, bo chce, bo musi. Sztuka nie jest dla niej rynkiem, ale koniecznością. Nie układa planów pod kolekcjonerów, nie myśli o targetach ani wartości dodanej. Zaczęła sprzedawać prace właściwie przez przypadek – z powodu życiowej konieczności.
Dla niej prawdziwe malarstwo to obrazy dawnych mistrzów, w których kryje się jeszcze sacrum, siła, przeżycie. To do nich wraca, to je ceni, ich miarą mierzy własne. Wszystko inne to współczesny jarmark, którego częścią wcale nie chciała być. A jednak jej prace krążą po świecie, kolekcjonerzy śledzą jej ścieżki, krytycy zapisują jej nazwisko w annałach współczesnej sztuki. Ona sama pozostaje jednak gdzieś obok. Czy to paradoks, czy może na tym polega jej wyjątkowość? Jak właściwie wygląda udział Aleksandry Waliszewskiej w świecie sztuki, skoro ona sama od niego stroni?
WALISZEWSKA: SZTUKA WSPÓŁCZESNA JEST SŁABA
Mało śledzę, co dzieje się na rynku sztuki. Staram się nie interesować aktualnościami, bo takie rzeczy potrafią bardzo toksycznie wpływać na twórczość. Dla mnie najważniejsze są dzieła dawnych mistrzów, czasy, kiedy sztuka była na najwyższym poziomie. W nowej sztuce rzadko pojawiają się rzeczy, które naprawdę wywołują we mnie mocniejsze emocje, chyba że zdegustowanie. Ale staram się na tym nie skupiać, bo nie ma w tym nic dobrego. Wydaje mi się, że dzisiaj bardzo dużo prac powstaje wyłącznie z myślą o grantach czy wystawach. Bardziej interesuje mnie rynek numizmatyczny i rynek antyków w Polsce.
POCZĄTKI ARTYSTKI: I ŁATWE, I TRUDNE
Jeżeli chodzi o mnie, zaczęłam sprzedawać już w liceum. Razem z przyjaciółką Agnieszką zrobiłyśmy kilka prac, które stwierdziłyśmy, że mogą się sprzedać, i wystawiłyśmy je w Galerii w Baszcie na Mokotowie, w bardzo promocyjnych cenach, żeby mieć na bilety do kina. Jedną z moich prac później znalazłam w Galerii Brama na Starówce – nie wiem, jak się tam znalazła, więc po prostu ją sobie wzięłam.
Przez jakiś czas nie sprzedawałam nic, aż wróciła moja babcia z Ameryki. Naciskała, żebym zaczęła się usamodzielniać. Sama była uznaną rzeźbiarką, dobrze zarabiała na swoich pracach, więc chciała, żebym ja też zaczęła. Pod koniec liceum mój stosunek do sztuki uległ wyraźnej zmianie. Wbrew wskazówkom nauczycieli skoncentrowałam się na studiach anatomicznych, które miały doprowadzić moje malarstwo do jak najlepszych rezultatów. Choć do prac tworzonych dla Galerii Baszta podchodziłam z sentymentem, wkrótce nie mogłam już sobie pozwolić na malowanie rzeczy tanich, nastawionych wyłącznie na sprzedaż. Od tamtego momentu proces sprzedawania przestał być dla mnie czymś przyjemnym i prostym, ponieważ każdą pracę postrzegałam jako etap rozwoju, a nie przedmiot, który można łatwo przeliczyć na pieniądze. A babcia sprzedawała moje prace swoim znajomym, co bardzo mi się nie podobało. Byłam jednak pod dużą presją. W innym przypadku prawdopodobnie wyrzuciłaby mnie z domu, a to zmusiłoby mnie do podjęcia tak zwanej prawdziwej pracy.
Po wystawie końcoworocznej na trzecim roku studiów zgłosiły się do mnie dwie warszawskie galerie – najpierw Galeria Karowa, potem GaleriaArt na Krakowskim Przedmieściu (obecnie na Powiślu).
BOLESNE ROZSTANIA Z OBRAZAMI
Pamiętam mój pierwszy raz w GaleriiArt: ubrana w przezroczystą sukienkę, w drodze gołąb narobił mi na głowę, weszłam z kilkoma pracami. Wojciech Tuleya zapytał, czy widziałam film Wyśnione życie aniołów, z którego bohaterką się utożsamiałam. Było to pouczające spotkanie – pokazujące charakter właściciela. Przez okno Galerii ktoś zobaczył moje obrazy i zapytał, czy może jeden kupić. Wojtek zgodził się, a ja, zupełnie wbrew mojemu dzisiejszemu nastawieniu do klienta, na jego prośbę zgodziłam się zaprosić go do domu. Zobaczył inne prace i kupił coś jeszcze. W tym czasie babcia ciągle na mnie naciskała, więc sprzedałam obraz, którego do dziś żałuję – mam nadzieję, że kiedyś uda mi się go odzyskać.
Sprzedawałam głównie w dwóch galeriach położonych blisko siebie, stosując niejako metodę dziecka z rozbitego małżeństwa, tak by obie zabiegały o moje względy. Mimo mojej niechęci do tego procesu, współpraca z GaleriąArt miała przyjemne aspekty. Miło było zobaczyć prace, które z powodu mojego konserwatywnego podejścia do studiowania były nisko oceniane przez nauczycieli, na wystawie przy głównym deptaku Warszawy. Karowa była bardziej wybredna. Pamiętam, jak jej właściciel Michał Zaborowski po sprzedaży pierwszego obrazu z radością oznajmił, że już za ramki się zwróciło. To wzbudziło we mnie duże oburzenie
Sprzedawałam głównie w dwóch galeriach położonych blisko siebie, stosując niejako metodę dziecka z rozbitego małżeństwa, tak by obie zabiegały o moje względy.
JAK INTERNET ZMIENIŁ ODBIÓR SZTUKI?
Po dyplomie zmieniłam styl i przez dwa lata właściwie nic nie sprzeda- wałam, choć miałam oszczędności, więc nie było z tym problemu. Zawsze dbam, żeby nie wydawać wszystkiego, tylko mieć czas na malowanie, a nie myśleć o pieniądzach. Nigdy nie pracowałam zawodowo inaczej niż malując, jedyny wyjątek to kilka dni sprzedawania gazet z moją matką w podstawówce, żeby kupić kasety magnetofonowe. Później zaczęłam wrzucać prace do internetu – najpierw na Flickr. Ekscytacja była ogromna, kiedy ktoś pierwszy raz polubił mój profil.
To był czas, kiedy bardzo zmieniłam styl – właściwie uczyłam się malować od nowa. Przeżywałam też trudne mo- menty: po pół roku pracy nad obrazem, stwierdzałam, że jest zły. Tak uznałam, więc go zamalowałam. Było to frustrujące, ale chyba potrzebne, by zdać sobie sprawę, czego nie warto robić na siłę. Popularność w internecie rosła, poznawałam ludzi, także na polskim Digarcie, który już nie istnieje. To był czas, kiedy Michał Woliński przedstawił mnie Marcie Kołakowskiej i zostałam przyjęta do Galerii Leto. Współpraca wpierw była luźna – wystawy zbiorowe, jedna indywidualna. Sprzedawałam prace „odleżałe”, które mogłam opuścić bez stresu.
NOWE WYZWANIE – ALBUMY I KSIĄŻKI
Później pojawiło się zainteresowanie z zagranicy. Tam narzucano artystom mocne wytyczne: wielkość pracy miała wpływać na cenę, technika decydowała o wartości. Nigdy się na to nie zgadzałam – dla mnie cena obrazu zależy od tego, jak boli serce przy rozstaniu z nim. Wystawy traktuję jako zło konieczne, szczególnie te komercyjne, ale dobrze jest zarabiać. Najbardziej lubię wydawać albumy – współpracuję ze świetnym wydawnictwem francuskim Timeless i przygotowuję nową książkę w Polsce. Wydaje ją Altbuch i ukaże się już niedługo. Będzie nosiła taki sam tytuł, jak moja wystawa podczas Warsaw Gallery Weekend w Galerii Dawida Radziszewskiego, czyli Zniszczona przystań. Będzie tam opowiadanie Maćka Sieńczyka o mnie. W książkę tę włożyliśmy sporo pracy. Naprawdę myślę, że będzie super.
Dla mnie cena obrazu zależy od tego, jak boli serce przy rozstaniu z nim. Wystawy traktuję jako zło konieczne, szczególnie te komercyjne, ale dobrze jest zarabiać.
KOBIETY I ICH POZYCJA W ŚWIECIE SZTUKI
Jeżeli chodzi o kobiety w sztuce, ja sama nie zauważyłam jakichś specjalnych różnic. Poza tym, że miałam więcej zdjęć do kolorowych pism dla pań, podczas których razem z Agatą Bogacką pozowałyśmy w modnych strojach i makijażu, więc tam na pewno była wytyczna dotycząca urody i młodości. Na pozycję wpływa dużo różnych czynników, np. to, czy ktoś pocho- dzi z małego czy dużego miasta, czy jest z bogatej rodziny, więc myślę, że obecne nastawienie wyłącznie na sprawy kobiece jest mocno przesadzone. O wiele więcej elementów może decydować o sukcesie – znajomości, umiejętności komunikacyjne (których ja prawie nie mam), ale też pracowitość i konsekwencja w pracy, które mi pomogły.
WSPARCIE PAŃSTWA DLA ARTYSTÓW
Jeśli chodzi o wsparcie państwa, parę razy dostałam stypendium ministerialne. Teraz radzę sobie sama, ale nie miałabym nic przeciwko, gdyby pojawiła się taka forma wsparcia dla mnie. Rodin dostał kiedyś sympatyczny domeczek od rządu francuskiego. Sam mówił, że kto za kilka lat będzie pamiętał nazwisko ministra kultury, a jego będą pamiętać wszyscy – i oczywiście miał rację.am