Czytanie:16 minut Data:18 maj 2026Tekst:Anna Gromnicka

Christopher Rothko o swoim ojcu

Rothko Chapel w Houston, wnętrza zaprojektowało studio Architecture Reaserch Office, zdj.: Elizabeth Felicella, © 2015 Kate Rothko Prizel and Christopher Rothko
Rothko Chapel w Houston, wnętrza zaprojektowało studio Architecture Reaserch Office, zdj.: Elizabeth Felicella, © 2015 Kate Rothko Prizel and Christopher Rothko
Mark i Mary Alice (Mell) Rothko, 1952/1953, zdj.: Henry Elkon, © 2015 Kate Rothko Prizel and Christopher Rothko
Mark i Mary Alice (Mell) Rothko, 1952/1953, zdj.: Henry Elkon, © 2015 Kate Rothko Prizel and Christopher Rothko

„Żyjemy w świecie, który często koncentruje się na tym, co materialne. Mój ojciec wierzył, że sztuka może pomóc nam dotrzeć do czegoś głębszego – przeżyć, których nie da się opisać słowami”– mówi syn wielkiego amerykańskiego malarza Christopher Rothko w rozmowie o jego dziedzictwie, procesach sądowych z nieuczciwymi marszandami ojca i unikalnym sposobie patrzenia na dzieła artysty.

ANNA GROMNICKA:
Skończyłam czytać pana książkę „Mark Rothko: Od środka”. To rzadkie – czytać zapiski syna o ojcu, napisane z sercem oraz empatią, a zarazem w sposób intelektualny.
CHRISTOPHER ROTHKO:
Cieszę się, że udało mi się osiągnąć ten cel, przynajmniej w pani odczuciu.
AG:
Co było bezpośrednim bodźcem do napisania tej książki? Czy miał pan od początku jasną wizję tego, jak ma ona wyglądać?
CR:
Ta książka jest wynikiem wieloletniej pracy praktycznej z twórczością mojego ojca. W momencie jej pisania miałem za sobą ponad 20 lat doświadczenia związanego z organizacją wystaw czy archiwizacją jego dzieł, a także z wielokrotnym, bliskim obcowaniem z jego obrazami. Przez te dekady nauczyłem się, jak jego dzieła przemawiają do odbiorców. Chciałem więc dać czytelnikom perspektywę osoby, która spędziła z tą sztuką wiele czasu i nauczyła się, jak oddziałuje ona na ludzi, co w niej mogą odnaleźć dla siebie.
AG:
Jakie było największe wyzwanie podczas jej pisania?
CR:
Miałem wiele pomysłów, obejmujących całą karierę mojego ojca. Początkowo myślałem o napisaniu jednej, ciągłej narracji, w formie powieści czy biografii, zamiast osobnych esejów. Jednak doszedłem do wniosku, że taka forma mogłaby zniekształcić moje przemyślenia. Nie chciałem wtłaczać wszystkiego w jedną, ogólną koncepcję, która nie oddawałaby prawdy o jego twórczości. Dlatego postawiłem na bardziej kompaktowe eseje, które razem tworzą pełniejszy obraz sztuki ojca, ale bez próby sprowadzenia jej do jednej, nadrzędnej idei. Jego twórczość nie jest jedną ideą – to wiele myśli i koncepcji przenikających się nawzajem, tworzących spójną całość.
AG:
Czy podczas pisania książki odkrył pan coś nowego o swoim ojcu, czego nie wiedział pan wcześniej? Zbliżył się pan do jego wewnętrznego świata?
CR:
Myślę, że ta praca jeszcze bardziej uświadomiła mi, jak bardzo jego sztuka opiera się na bezpośrednim doświadczeniu. Nie można po prostu spojrzeć na obraz w internecie czy w albumie i naprawdę go zrozumieć. To dopiero początek obcowania z wielką sztuką. Mam nadzieję, że moja książka zachęci ludzi do odwiedzenia muzeów i zobaczenia tych dzieł na własne oczy, ponieważ każde z nich jest małym, samodzielnym wszechświatem. Jeśli pozwolisz sobie na rozmowę z obrazem, może to być naprawdę niezwykle głębokie przeżycie. I nie tylko dlatego, że mój ojciec chciał coś przekazać, ale również dlatego, że jego sztuka pomaga ludziom odkrywać coś w sobie samych. Mam nadzieję, że w książce udało mi się przekazać, że w jego dziełach każdy może znaleźć coś dla siebie. Nie tłumaczę ich, ale sugeruję, jak można do nich podejść.
AG:
Pana ojciec zmarł, gdy miał pan 6 lat. Jakie jest pana najwcześniejsze wspomnienie z nim związane? Wiem, że głównym motywem waszych rozmów była muzyka.
CR:
Mam cztery wyraźne wspomnienia z dzieciństwa związane ze słuchaniem muzyki razem z ojcem. Myślę, że było to dla niego niezwykle inspirujące, ponieważ muzyka – zwłaszcza klasyczna – przypomina w pewnym sensie sztukę abstrakcyjną. Nie zawsze rozumiemy, dlaczego dany utwór wywołuje w nas tak silne emocje, smutek, radość czy podniosły nastrój, ale potrafimy odczuwać je bardzo głęboko. Myślę tu głównie o muzyce Mozarta – on tworzył ją, uśmiechając się przez łzy, jak to ktoś trafnie określił. I ja, i ojciec doskonale to rozumieliśmy. Kiedy widział, jak reaguję na muzykę, już jako kilkuletnie dziecko, to myślę, że musiał czuć, że jestem jego synem. Widział, że słucham muzyki w taki sam instynktowny sposób jak on, całym sobą.
AG:
Opisał pan ojca jako człowieka niezwykle wymagającego intelektualnie wobec siebie i innych. Jak to wpływało na jego codzienne życie i relacje?
CR:
To ciekawe, bo choć do sztuki miał bardzo intelektualne podejście i głęboko się nad nią zastanawiał, to w kręgu przyjaciół – zarówno artystów, jak i ludzi spoza świata artystycznego – często mówiło się o jego poczuciu humoru, o empatii i zwykłych, ludzkich uczuciach, które często nam i innym okazywał. Myślę, że wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, bo postrzegają go jako bardzo poważnego artystę, ale miał w sobie wiele ciepła i żartobliwości.
Ojciec miał do sztuki bardzo intelektualne podejście i głęboko się nad nią zastanawiał. W kręgu przyjaciół często mówiło się o jego poczuciu humoru, o empatii i zwykłych, ludzkich uczuciach, które często nam i innym okazywał. Myślę, że wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, bo postrzegają go jako bardzo poważnego artystę, ale miał w sobie wiele ciepła i żartobliwości.
Christopher Rothko
AG:
Mark Rothko jest często przedstawiany jako samotnik. Susan Sontag pisała o znaczeniu samotności dla artystów i sztuki. Czy ta samotność była wyborem, koniecznością czy nieuniknionym skutkiem jego drogi twórczej?
CR:
Uważam, że wszystko po trochu. W młodości czuł się samotny – był imigrantem, zaczynał swoją drogę artystyczną w Nowym Jorku. Samotność towarzyszyła mu, gdy we wczesnych latach malował w metrze. Otaczał go tłum, ale on był w tym wszystkim sam. Choć w późniejszych latach miał wokół siebie wielu ludzi, to celowo szukał samotności w swojej pracowni. Przez wiele lat malował w domu, ale kiedy miał już własne studio, potrafił spędzać tam całe dnie – nie tylko malując, ale także rozmyślając nad sztuką i sensem swojej pracy. I chyba w gruncie rzeczy nie chodziło w tym o samo malarstwo, ale o sposób tworzenia, zastanawianie się nad sposobami wyrażania siebie.
AG:
Ojciec uważał, że sztuka musi być nierozerwalnie związana z ideą. Pisał pan, że jego obrazy wyrażają jednocześnie obecność i nieobecność. Co spajało jego twórczość? Była to cecha jego charakteru czy raczej coś w samej sztuce?
CR:
I jedno, i drugie – charakter, a także coś w jego podejściu do tworzenia. Już we wczesnych latach jego obrazy miały w sobie coś abstrakcyjnego, nawet jeśli nie były jeszcze w pełni abstrakcyjne. Nigdy nie malował ludzi – malował ideę człowieka, ideę istnienia. W pewnym sensie można go nazwać egzystencjalistą. Jego sztuka zawsze dotyczyła pytań o to, dlaczego tutaj jesteśmy, jaki jest nasz cel i jak mamy zrozumieć nasz świat. Wiedział, że każdy człowiek – świadomie lub nie – stawia sobie te pytania. To właśnie one znajdują się w centrum jego twórczości. Człowiek i sens życia.
AG:
Pana matka, Mell Rothko, druga żona Marka, również artystka, zmagała się do końca życia z alkoholizmem i własnymi demonami. Odeszła pół roku po śmierci pana ojca. Czy ich życie i sztuka są ze sobą jakoś emocjonalnie powiązane?
CR:
Z pewnością. Krótko po tym, jak ojciec spotkał i poślubił moją matkę, zaczął malować obrazy w pełni abstrakcyjne, a niedługo później jego styl przesunął się w stronę najbardziej dojrzałą i rozwiniętą – tę znaną masom jego odbiorców. Matka była cenioną ilustratorką, znała się na sztuce i potrafiła natchnąć ojca potrzebą samorealizacji, artystycznego spełnienia. Dzięki niej nabrał swoistej pewności siebie, która pozwoliła mu wreszcie wykrystalizować i wypowiedzieć swoje pomysły na głos. Myślę, że właśnie w ten sposób objawiał się najpełniej jej wpływ na niego. Niestety, on sam nie miał takiego wpływu na nią. Krótko po tym, jak się pobrali, zrezygnowała z tworzenia, a była w tym naprawdę świetna. Gdy urodziła się moja siostra Kate, matka na dobre przestała zajmować się sztuką. Szkoda, bo miała wielki talent.
Matka była cenioną ilustratorką, znała się na sztuce i potrafiła natchnąć ojca potrzebą samorealizacji, artystycznego spełnienia. Dzięki niej nabrał swoistej pewności siebie, która pozwoliła mu wreszcie wykrystalizować i wypowiedzieć swoje pomysły na głos.
Christopher Rothko
AG:
Myślę, że pojęcie nieskończoności i to, jak ją odbieramy w pracach pana ojca, miało kolosalne znaczenie dla percepcji jego sztuki. Czym była dla niego nieskończoność jako sposób ekspresji?
CR:
Może nie tyle sama nieskończoność – choć rzeczy- wiście to powracający w dyskusjach o jego sztuce temat – ile sam fakt, że format jego prac prowokuje poczucie, iż patrząc na nie, wchodzimy gdzieś dalej i głębiej, w niewypowiedziane. W tajemnicę istnienia. Ojciec nigdy nie był zainteresowany sztuką komercyjną czy tworzoną na potrzeby chwili, np. sztuką polityczną. Choć oczywiście, przyglądając się jego twórczości, można odnaleźć w niej politykę, ponieważ obecnie wszystko jest polityczne. Jednak ojciec swoimi obrazami chciał rozmawiać z nami o nieskończoności – o tym, co zawsze będzie. My nie wiemy, czym to jest, więc wciąż zadajemy sobie o to pytania. I będziemy je zadawać, ponieważ taki jest sens istnienia: pytać o nieznane, niewiadome, nieskończone.
AG:
Mark Rothko używał słowa „dramat” – dramat ludzkiej egzystencji – by opisać swoje malarstwo. Pan zwraca uwagę, że to podejście wybrzmiewa u odbiorcy na głęboko emocjonalnym poziomie, porównuje je pan do filozofii Arystotelesa. Czy to jest najlepszy sposób na odczytanie jego dzieł?
CR:
To, czego nie chciałbym robić i przed czym się zawsze wzbraniam, to mówienie ludziom, jak należy odbierać prace ojca. Nie jestem w stanie im powiedzieć, co znaczą. Dla każdego jest to co innego. Myślę, że na tym polega wielkość jego malarstwa. Czym innym jednak jest to, o czym pani mówi – podejście do jego obrazów. Ojciec miał głęboką świadomość tego, czym one są, a także że – podobnie jak jego własne dramaty – oddają złożoność ludzkiego życia. Jego dzieła nie są statyczne, to tętniące życiem i przepełnione emocjami malarstwo, które wciąga odbiorcę w proces rozmowy. Ojciec miał zwyczaj mówić o kolorach użytych w swoich obrazach jak o aktorach na scenie. Postrzegał je jako dynamiczne i żywe. Chciał, żebyśmy i my je takimi widzieli, żebyśmy reagowali na nie jak na żywe istoty.
AG:
Czy pamięta pan, kiedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiał znaczenie jego malarstwa?
CR:
Jako małe dziecko, gdy mieszkaliśmy w Nowym Jorku, zdawałem sobie oczywiście sprawę, że ojciec jest znanym malarzem. Jednak dopiero po latach, po naszej przeprowadzce dotarło do mnie, że niewielu ludzi znało go takim, jakim był naprawdę. Miałem więc różne perspektywy na jego pozycję w sztuce. Gdy zaś chodzi o moje osobiste doświadczenia z tym związane, to pamiętam, jak wybrałem się na wielką retrospektywę twórczości ojca do Muzeum Guggenheima w 1978 r. Koniecznie trzeba tu wyjaśnić, że było to osiem lat po jego śmierci, kiedy trwał dramatyczny dla nas proces sądowy z trójką ludzi odpowiedzialnych za próbę defraudacji majątku ojca i sprzedaży jego dzieł na czarnym rynku. Moja siostra i ja wygraliśmy go, ale przez te lata sztuka ojca praktycznie nie istniała w obiegu publicznym czy galeryjnym. Jego obrazów nie można było nigdzie zobaczyć. Nasza rodzina i fundacja nie miały nad nimi kontroli. Tak więc pokaz jego prac w Muzeum Guggenheima był ważny nie tylko dlatego, że był największą w historii wystawą jego dzieł. Był on także symboliczny. Przejście wzdłuż sal, w których pokazywano jego malarstwo, było tak naprawdę spacerem przez całą jego twórczość i życie. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem obrazy w tej przestrzeni – a niektóre przecież były mi znane – zdałem sobie sprawę, jak bardzo oddziałują one na mnie na poziomie emocjonalnym. Widziałem, jak reagują na nie ludzie tam zgromadzeni. Niektórzy podchodzili, mówili mi, że jego sztuka jest dla nich ważna, ba – najważniejsza. To był ten moment, kiedy uświadomiłem sobie, czym jest jego twórczość dla świata i dla mnie.
Mark Rothko, <em>Self Portrait</em>, 1936, zdj.: © 1998 Kate Rothko Prizel and Christopher Rothko
Mark Rothko, Self Portrait, 1936, zdj.: © 1998 Kate Rothko Prizel and Christopher Rothko
AG:
Współczesna sztuka coraz bardziej się komercjalizuje. Pański ojciec nie był materialistą, wręcz przeciwnie – żył ideą. Jednak jego prace przez ostatnie 20 lat osiągały rekordowe ceny – w 2014 r. sprzedano jego obraz za 186 milionów dolarów. Jak on by na to reagował?
CR:
Aby zarysować odpowiedni kontekst tej sytuacji, należy dodać, że w porównaniu z tymi kwotami jego zarobki za życia były malutkie. Jednak przez ostatnie dziesięć lat ojciec był w stanie żyć z malarstwa. Nie wstydził się żądać za nie odpowiednich jego zdaniem sum, czasem odmawiał nabywcom, ale – co podkreślam – obraz nie był dla niego jedynie przedmiotem na sprzedaż. Poza tym pamiętajmy, że ówczesny rynek sztuki funkcjonował inaczej. Gdyby ojciec zobaczył, jakie ceny osiągają dziś jego obrazy, i w ogóle dzieła sztuki; że zamiast prywatnych kolekcjonerów i miłośników sztuki działają grupy inwestycyjne (liczące dajmy na to 10 osób) kupujące obrazy dla czystego zysku, liczące jedynie na duży zarobek – byłby bardzo zawiedziony. Obecnie dzieło sztuki nie jest powiązane z jakąś ważną ideą, nie liczy się samo w sobie. Jest tylko odbiciem pieniędzy, za które kupuje je nabywca. I to jest bardzo smutne.
AG:
Pańska siostra Kate opowiadała, że przez pierwsze lata po śmierci ojca nie mogła sobie pozwolić na zakup choćby jednego jego obrazu, a jeśli chciała je zobaczyć, musiała iść do muzeum. Kiedy pan dostał taką szansę? I co to był za obraz?
CR:
W okresie po śmierci ojca, o którym pani mówi, moja siostra walczyła w sądzie o prawa do obrazów i spuścizny po ojcu, więc siłą rzeczy jego dzieł było niewiele, nawet w obiegu publicznym. To, że wygraliśmy ten proces, było cudem, i zawsze będę wdzięczny mojej siostrze za te lata wyrzeczeń i wiary w to, że wygrana jest możliwa. Odzyskaliśmy w ten sposób niemal 90% obrazów ojca – to jest niewiarygodny przywilej dla mnie i mojej siostry. W mojej prywatnej kolekcji znaj- duje się kilka z nich. Ale większość wisi na ścianach muzeów, gdzie wolę je oglądać. Wśród nich są dwa, które rzadko zdarza mi się widzieć. Nie są one w żaden sposób powiązane z wystawami dzieł ojca, które czasem organizuję. Jednak za- wsze, gdy przejeżdżam przez Europę, mam je z tyłu głowy. Staram się tak zorganizować wyjazd, by mieć czas na Zurych i Brno, gdzie można je zobaczyć. Uwielbiam twórczość ojca z lat 60. XX w.
AG:
Jego paleta stała się wówczas ciemniejsza.
CR:
Tak, dokładnie, te ciemne obrazy z późniejszego okresu jego twórczości mają w sobie pewną tajemnicę. Nie od razu się nią dzielą z odbiorcą, ale gdy poświęci się im więcej czasu, potrafią nią człowieka zaczarować. Jeśli miałbym wskazać inne ulubione prace ojca, są to obrazy z Kaplicy Rothki w Houston. To dzieła, które oddają w pełni jego wizję – są monumentalne, a jednocześnie niezwykle intymne. Tworzą przestrzeń do refleksji, medytacji, a nawet mistycznego doświadczenia. Kaplica była dla niego jednym z najważniejszych projektów, nad którym pracował przez wiele lat. To nie tylko obrazy, ale cały koncept – miejsce, w którym sztuka staje się czymś więcej niż tylko wizualnym doświadczeniem.
Mark Rothko, <em>Yellow over Purple</em>, olej na płótnie, 177,2×150,8 cm, 1954. Catalogue raisonné #558, kolekcja prywatna, zdj.: © Kate Rothko Prizel and Christopher Rothko
Mark Rothko, Yellow over Purple, olej na płótnie, 177,2×150,8 cm, 1954. Catalogue raisonné #558, kolekcja prywatna, zdj.: © Kate Rothko Prizel and Christopher Rothko
Mark Rothko, <em>Untitled</em>, tempera na papierze, 96,7×63,5 cm, 1959. Kolekcja Christophera Rothko, pozycja #2120.59, zdj.: © Kate Rothko Prizel and Christopher Rothko
Mark Rothko, Untitled, tempera na papierze, 96,7×63,5 cm, 1959. Kolekcja Christophera Rothko, pozycja #2120.59, zdj.: © Kate Rothko Prizel and Christopher Rothko
AG:
Wielu ludzi kojarzy Rothkę z jego najbardziej znanymi, późnymi obrazami – wielkimi polami kolorów. Czy uważa pan, że wcześniejsze prace są niedoceniane?
CR:
Tak, zdecydowanie. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, że jego droga do abstrakcji była bardzo długa i pełna eksperymentów. Jego wcześniejsze prace zawierają elementy surrealizmu, ekspresjonizmu, a także wpływy mitologii i literatury. Myślę, że warto przyjrzeć się tej ewolucji, ponieważ pomaga ona zrozumieć, dlaczego jego późniejsze obrazy wyglądają tak, a nie inaczej. To nie była przypadkowa zmiana – to była świadoma decyzja artysty, który doszedł do wniosku, że forma musi być jak najprostsza, aby oddać to, co najważniejsze.
AG:
Czy jako spadkobiercy spotykacie się z oporem prywatnych kolekcjonerów? Trudno im zgodzić się na wypożyczenie obrazów pana ojca do kolekcji publicznych?
CR:
Kolekcjonerzy zawsze się o to niepokoją, sądząc, że dzieła są zbyt delikatne, żeby je przewozić kilometrami. Obawiają się zniszczenia i kradzieży. Szczerze mówiąc, ceny idą w górę, więc instytucje i prywatni kolekcjonerzy są coraz mniej skłonni wypożyczać prace ojca, nawet jeśli są one w pełni ubezpieczone. Ciężko pracujemy nad tym, żeby je jednak wypożyczyć. Udało się to dwa lata temu podczas wystawy w Paryżu i, mam nadzieję, uda się na następnej, która odbędzie się w przyszłym roku we Francji.
Mark Rothko, <em>Untitled</em>, olej na płótnie, 152,4×126,4 cm, 1948. Catalogue raisonné #371, kolekcja prywatna, zdj.: © Kate Rothko Prizel and Christopher Rothko
Mark Rothko, Untitled, olej na płótnie, 152,4×126,4 cm, 1948. Catalogue raisonné #371, kolekcja prywatna, zdj.: © Kate Rothko Prizel and Christopher Rothko
AG:
W jakim stopniu sztuka Marka Rothki jest amerykańska, a w jakim uniwersalna? Czy jako imigrant w USA odczuwał ten dualizm? Przecież jego droga artystyczna wyglądałaby inaczej, gdyby pozostał na Łotwie.
CR:
Oczywiście są to spekulacje, ale tak. Powiem nawet więcej: w sercu pozostał Europejczykiem, jednak to Stany dały mu wolność artystyczną i możliwość rozwoju, jakiej nie zaznałby w Europie. Oczywiście odrzucenie tradycji, w której się wychował, nie przyszłoby mu do głowy, ale – jeśli weźmiemy pod uwagę choćby wolność wypowiedzi i stan demokracji – czy miałby szansę malować tak, jak malował, gdyby pozostał na Łotwie? Nie sądzę. Wróćmy do idei samotności, o której wspomniała pani na początku rozmowy. Myślę, że będąc w Ameryce, ojciec na swój sposób ojciec pozostawał samotny. Miał oczywiście krąg przyjaciół i artystów, ale to, że tu, w Nowym Jorku, odczuwał swoje istnienie jako istnienie kogoś odrębnego, kogoś z inną historią, przyczyniało się do jego samotności jako artysty – również w sensie, o którym wspominała Susan Sontag. To jest potrzebne artyście. Cały czas rozmawiam o tym z moim synem, który pisze piosenki. Często dzielimy się przemyśleniami na ten temat. Mój syn ma obecnie dziewczynę i widzę, że osiadł na laurach. Inaczej pisze, gdy jest sam. Szuka siebie, szuka prawdy i myślę, że to jest coś, co łączy wszystkich artystów – poczucie wyobcowania pośród ludzi.
Ojciec w sercu pozostał Europejczykiem, jednak to Stany dały mu wolność artystyczną i możliwość rozwoju, jakiej nie zaznałby w Europie. Oczywiście odrzucenie tradycji, w której się wychował, nie przyszłoby mu do głowy, ale – jeśli weźmiemy pod uwagę choćby wolność wypowiedzi i stan demokracji – czy miałby szansę malować tak, jak malował, gdyby pozostał na Łotwie? Nie sądzę.
Christopher Rothko
AG:
Pański ojciec studiował dzieła Nietzschego i Junga, filozofia i psychologia miały ogromny wpływ na jego artystyczną transformację w późnych latach 40. XX w. Czy to z kolei odegrało rolę w pańskiej decyzji, by zostać psychologiem?
CR:
Myślę, że odwrotnie: ja zawsze patrzyłem na świat przez psychologiczne soczewki. Z tego powodu zdecydowałem się zostać psychologiem i sformalizować swoją praktykę. Od lat nie pracuję w zawodzie, ale sądzę, że decyzja o studiach psychologicznych była po prostu podsumowaniem mojej młodości i sposobu widzenia ludzi, literatury, sztuki. Mniej muzyki – ponieważ jej także się poświęciłem, ale miałem do niej inne podejście, bardziej intuicyjne. Dopiero później dotarło do mnie, że ojciec także zajmował się psychologią i filozofią, starając się zmienić swoją sztukę.
AG:
Czy pan kolekcjonuje sztukę współczesną?
CR:
Nie powiedziałbym, że jestem kolekcjonerem przez wielkie K, nie jeżdżę na targi sztuki czy biennale, nie chadzam cały czas do galerii. Ale jest paru ar- tystów współczesnych, których twórczość staram się śledzić, nadążać za nią i kupować ich obrazy. Moja żona i ja uwielbiamy wybierać dla siebie dzieła sztuki, jednak nie z myślą, że budujemy kolekcję czy inwestujemy w nie. Podobają nam się – dlatego się na nie decydujemy. Mamy zresztą więcej obrazów, niż jesteśmy w stanie powiesić na ścianach, więc finalnie i tak trafiają one do muzeów. W końcu tam jest właściwe dla dzieł sztuki miejsce. Tam jest też miejsce prac mojego ojca, który zawsze chciał, by ludzie mieli z nimi wyjątkowy, głęboki kontakt. Jeśli ktoś stanie przed jego obrazem i poczuje cokolwiek – smutek, radość, spokój, niepokój – to znaczy, że sztuka spełniła swoje zadanie. Chodzi o to, aby zatrzymać się na chwilę i pozwolić sobie na prawdziwe doświadczenie.

Christopher Rothko (rocznik ’63) – syn Marka i Mell Rothków. Psycholog i pisarz. Od trzydziestu lat razem ze swoją siostrą Kate sprawuje opiekę nad spuścizną ojca. W 2015 r. opublikował zbiór esejów Mark Rothko: Od środka, który właśnie ukazał się w Polsce nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria. Były przewodniczący zarządu Rothko Chapel, obecnie szef Opening Spaces Campaign.

rothkochapel.org

Rozmowa ukazała się w 28 numerze magazynu ART MONITOR. Wydanie elektroniczne do kupienia na stronie artmonitor.bigcartel.com