ANNA GROMNICKA:
Skończyłam czytać pana książkę „Mark Rothko: Od środka”. To rzadkie – czytać zapiski syna o ojcu, napisane z sercem oraz empatią, a zarazem w sposób intelektualny.
CHRISTOPHER ROTHKO:
Cieszę się, że udało mi się osiągnąć ten cel, przynajmniej w pani odczuciu.
AG:
Co było bezpośrednim bodźcem do napisania tej książki? Czy miał pan od początku jasną wizję tego, jak ma ona wyglądać?
CR:
Ta książka jest wynikiem wieloletniej pracy praktycznej z twórczością mojego ojca. W momencie jej pisania miałem za sobą ponad 20 lat doświadczenia związanego z organizacją wystaw czy archiwizacją jego dzieł, a także z wielokrotnym, bliskim obcowaniem z jego obrazami. Przez te dekady nauczyłem się, jak jego dzieła przemawiają do odbiorców. Chciałem więc dać czytelnikom perspektywę osoby, która spędziła z tą sztuką wiele czasu i nauczyła się, jak oddziałuje ona na ludzi, co w niej mogą odnaleźć dla siebie.
AG:
Jakie było największe wyzwanie podczas jej pisania?
CR:
Miałem wiele pomysłów, obejmujących całą karierę mojego ojca. Początkowo myślałem o napisaniu jednej, ciągłej narracji, w formie powieści czy biografii, zamiast osobnych esejów. Jednak doszedłem do wniosku, że taka forma mogłaby zniekształcić moje przemyślenia. Nie chciałem wtłaczać wszystkiego w jedną, ogólną koncepcję, która nie oddawałaby prawdy o jego twórczości. Dlatego postawiłem na bardziej kompaktowe eseje, które razem tworzą pełniejszy obraz sztuki ojca, ale bez próby sprowadzenia jej do jednej, nadrzędnej idei. Jego twórczość nie jest jedną ideą – to wiele myśli i koncepcji przenikających się nawzajem, tworzących spójną całość.
AG:
Czy podczas pisania książki odkrył pan coś nowego o swoim ojcu, czego nie wiedział pan wcześniej? Zbliżył się pan do jego wewnętrznego świata?
CR:
Myślę, że ta praca jeszcze bardziej uświadomiła mi, jak bardzo jego sztuka opiera się na bezpośrednim doświadczeniu. Nie można po prostu spojrzeć na obraz w internecie czy w albumie i naprawdę go zrozumieć. To dopiero początek obcowania z wielką sztuką. Mam nadzieję, że moja książka zachęci ludzi do odwiedzenia muzeów i zobaczenia tych dzieł na własne oczy, ponieważ każde z nich jest małym, samodzielnym wszechświatem. Jeśli pozwolisz sobie na rozmowę z obrazem, może to być naprawdę niezwykle głębokie przeżycie. I nie tylko dlatego, że mój ojciec chciał coś przekazać, ale również dlatego, że jego sztuka pomaga ludziom odkrywać coś w sobie samych. Mam nadzieję, że w książce udało mi się przekazać, że w jego dziełach każdy może znaleźć coś dla siebie. Nie tłumaczę ich, ale sugeruję, jak można do nich podejść.
AG:
Pana ojciec zmarł, gdy miał pan 6 lat. Jakie jest pana najwcześniejsze wspomnienie z nim związane? Wiem, że głównym motywem waszych rozmów była muzyka.
CR:
Mam cztery wyraźne wspomnienia z dzieciństwa związane ze słuchaniem muzyki razem z ojcem. Myślę, że było to dla niego niezwykle inspirujące, ponieważ muzyka – zwłaszcza klasyczna – przypomina w pewnym sensie sztukę abstrakcyjną. Nie zawsze rozumiemy, dlaczego dany utwór wywołuje w nas tak silne emocje, smutek, radość czy podniosły nastrój, ale potrafimy odczuwać je bardzo głęboko. Myślę tu głównie o muzyce Mozarta – on tworzył ją, uśmiechając się przez łzy, jak to ktoś trafnie określił. I ja, i ojciec doskonale to rozumieliśmy. Kiedy widział, jak reaguję na muzykę, już jako kilkuletnie dziecko, to myślę, że musiał czuć, że jestem jego synem. Widział, że słucham muzyki w taki sam instynktowny sposób jak on, całym sobą.
AG:
Opisał pan ojca jako człowieka niezwykle wymagającego intelektualnie wobec siebie i innych. Jak to wpływało na jego codzienne życie i relacje?
CR:
To ciekawe, bo choć do sztuki miał bardzo intelektualne podejście i głęboko się nad nią zastanawiał, to w kręgu przyjaciół – zarówno artystów, jak i ludzi spoza świata artystycznego – często mówiło się o jego poczuciu humoru, o empatii i zwykłych, ludzkich uczuciach, które często nam i innym okazywał. Myślę, że wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, bo postrzegają go jako bardzo poważnego artystę, ale miał w sobie wiele ciepła i żartobliwości.